Metanolem po kontraktach

Zbiór zasad regulujących stosunki pomiędzy zawodnikiem i klubem, czyli załącznik do Regulaminu Przynależności Klubowej 2018 wywołał kontrowersje tak wielkie, że podobno zawodnicy nie zamierzają podpisywać kontraktów, bo regulamin jest dla nich bardzo niekorzystny. Cóż, jeśli chcą dobrze zarabiać (a chcą na pewno), to zwyczajnie muszą się zgodzić.

Jeżeli skupimy się wyłącznie na zaostrzonym regulaminie, to faktycznie można dojść do wniosku, że centrala przegięła, że wprowadza właściwie niewolnictwo, że żużlowcy nie mogą o niczym decydować po złożeniu podpisu pod kontraktem, a jednocześnie zestaw kar za niepodporządkowanie się zapisom, brak gotowości do jazdy i takie tam jest dłuuuuuuugi.

Punktem wyjścia powinno być tak naprawdę pytanie: czy żużlowcy w Polsce muszą tak dużo zarabiać? Oczywiście że nie muszą, skoro w Szwecji, Anglii czy Danii jeżdżą za ułamek tej stawki. Dlaczego więc tak dużo zarabiają? Cóż, trzeba się cofnąć o jakieś dwadzieścia parę lat, gdy tak naprawdę tylko pieniądze sprawiły, że mogliśmy zobaczyć na naszych torach najlepszych zawodników świata. I jak się tak dobrze zastanowić, to od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Odpowiedź na pytanie brzmi zatem: zarabiają tak dużo, żeby tu w ogóle chcieli startować. Póki co prezesi w pogoni za sukcesem nie potrafią się porozumieć i zamiast dążyć do obniżenia płac prześcigają się w propozycjach w celu podpisania kontraktu, który ma dać upragnione mistrzostwo.

Zawodnicy korzystają z tej sytuacji, ciągnąc ile się da, bo przecież nie wiadomo, kiedy to eldorado się skończy.  W efekcie właściwie nie ma żużlowego miasta, w którym klub nie zaliczyłby niewypłacalności w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Nawet toruński klub, który nigdy formalnie nie spadł byłby w czarnej dupie, gdyby nie pieniądze Romana Karkosika. Skoro biznesmen wszedł w ten interes, to zapewne dało się na tym zarobić. Niewątpliwie styk biznesu z lokalną polityką (w końcu żużel jest ważnym elementem krajobrazu w wielu miastach, a przede wszystkim dość prostym sposobem na prowadzenie kampanii wyborczej) stoi za sporą częścią umów na sponsorowanie żużla.

Najprawdopodobniej eldorado zaczęło się kończyć. Kluby przez jakiś czas ciągnięte za uszy różnego rodzaju wymyślonymi sposobami obejścia procesu licencyjnego, tj. licencja warunkowa, licencja nadzorowana (wymyślone i omijane przez działaczy, które te przepisy współtworzyli) doszły do takiego poziomu długów, że spadał nie ten kto był najsłabszy sportowo, ale ten kto stawał się niewypłacalny. Doszło do takich paradoksów, że wysyłano drugi garnitur na mecze wyjazdowe, żeby zaoszczędzić, a przy okazji podłożyć świnię konkurentowi, który musiał zapłacić za 60 lub więcej punktów. Na dodatek nie było kandydatów do „awansu”, bo finanse w I lidze też nie były najmocniejszą stroną. Sytuację ratują pieniądze od sponsorów ekstraligi. I to wszystko nazywamy dziś najbogatszą ligą świata…

Było już na tyle źle z kondycją finansową klubów, że za szukanie sponsorów musiała wziąć się centrala, bo przecież tamtejszym działaczom również (a może nawet najbardziej) zależy na tym, żeby nasza była po trzykroć naj… Cierpliwość sponsorów ligi i sponsorów poszczególnych klubów też ma jednak swój kres. I właśnie się skończyła, co zaowocowało wymuszeniem zapisania i egzekwowania określonych zachowań mających na celu dobro tychże sponsorów. Żużlowcy z jednej strony chcieli mieć płacone duże pieniądze, chcieli mieć gwarancję, że otrzymają zapisane w kontrakcie kwoty (zaostrzono proces licencyjny), ale ze swojej strony nie zrobili nic, łącznie z tym, że priorytet dla nich miały indywidualne umowy sponsorskie. Stąd oczywiście bidony z logami producentów napojów energetycznych, popijanie w trakcie prezentacji, wywiadów, zmiany czapeczek, itd…

I dochodzimy wreszcie do sedna. Polska ekstraliga służy zawodnikom właściwie wyłącznie do zarabiania pieniędzy, więc to czy wystąpią w takich czy innych barwach jest kwestią drugorzędną. Ważne, żeby po meczu poszedł przelew. Nie mam im tego za złe. To wynika z faktu, że poza naiwnymi kibicami właściwie wszyscy są przy lidze wyłącznie dla pieniędzy, więc nie ma powodu, żeby zawodnicy nie mieli tak robić. Problem polega na tym, że swój interes mają działacze lokalni, swój interes mają działacze centrali i swój interes mają zawodnicy. I każdy ciągnie w swoją stronę.

Dlaczego uważam, że zawodnicy nie będą protestować? Bo im się to po prostu nie opłaca. Muszą mieć te pieniądze, żeby zapłacić za sprzęt i swoje teamy. Nie ma się co czarować, liga polska niczego ich nie nauczy, bo tory u nas są zbyt łatwe i do bólu przewidywalne. Dlatego muszą jeździć do Anglii lub (i) Szwecji, żeby rozwijać się sportowo, w końcu prawie każdy chce zostać mistrzem świata. Oczywiście sama jazda w elicie, choć trzeba do niej dokładać, pozwala zdobyć grono indywidualnych sponsorów, czyli swego rodzaju źródło finansowania niezależne od ekstraligi. I tutaj też jest problem, bo przecież żużlowiec w lidze nie dostaje pieniędzy bezpośrednio od sponsora ligi czy od sponsora klubu, za to od sponsora indywidualnego już tak. O kogo będzie dbać bardziej? Wiadomo…

Przykładem na omijanie niektórych zapisów niech będzie tegoroczny turniej o Złoty Kask, a więc impreza o nagrody PZM. Czy Stowarzyszenie Metanol cokolwiek wynegocjuje? Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *