Podsumowanie 2011 roku

Rok się kończy, więc można pobawić się w jakieś podsumowania. Na pewno dla sportu żużlowego był to okres bardzo ważny, bo przecież definitywnie zmianie uległy wydechy, co niewątpliwie miało wpływ na układ sił w światowym speedway’u. Wielu „fachowców” wieszczyło niemalże koniec świata i, jak to zwykle bywa, jakaś część uwierzyła w te zapowiedzi.

Przyznam, że zanim po raz pierwszy usłyszałem te wynalazki też miałem spore wątpliwości. Okazało się, że wcale nie jest gorzej. Właściwie nic się nie zmieniło, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Inaczej pewnie sądzi część zawodników, szczególnie tych z niższych lig, choć będę się upierał, że cała ta sytuacja pokazała tak naprawdę poziom profesjonalizmu poszczególnych riderów. Jeśli ktoś testuje nowy sprzęt w trakcie sezonu, albo w momencie wprowadzenia tłumików nie ma ich w swoim warsztacie, to co można powiedzieć o takim podejściu do pracy? A taką sytuację mieliśmy przecież w Polsce, gdzie zawodnicy protestowali przeciw rzeczom, o których często nie mieli zielonego pojęcia, bo ich nie przetestowali. Jeśli popatrzymy na ostateczne wyniki, to okaże się, że wygrali ci, którzy rozpoczęli przygotowania na jesieni poprzedniego roku, co z początkiem nowego sezonu dało im niesamowitą przewagę, a jednocześnie dużą pewność siebie.

Gołym okiem można wskazać tych, dla których zakończony sezon był dobry. Oczywiście królem został Greg Hancock. Amerykanin wygrał wszystko, co mógł wygrać. Został indywidualnym mistrzem świata i zdobył komplet złotych medali w rozgrywkach ligowych. Nie wiem czy którykolwiek z żużlowców mógłby się pochwalić takim sezonem. Oprócz niego wyróżniali się na pewno inni medaliści cyklu SGP – Andreas Jonsson oraz Jarosław Hampel, a spośród polskich żużlowców na pewno Piotr Protasiewicz. Jeśli chodzi o „Małego”, to całe szczęście, że nie zaangażował się bardziej w bezsensowną akcję obrony starych tłumików. Dzięki temu był królem krajowych torów, zasłużenie kończąc rok z tytułem najlepszego polskiego zawodnika.

Na drugim biegunie mieliśmy Tomasza Golloba, Janusza Kołodzieja czy Rune Holtę. O ile w przypadku tego pierwszego w ekstralidze jeszcze jakoś to wszystko wyglądało, to walka o tytuł czempiona globu obnażyła wszystkie braki w zimowych przygotowaniach. Fakt, że jeszcze przed ostatnim turniejem nie mógł być do końca pewny miejsca w czołowej ósemce najlepiej podsumowuje postawę obrońcy mistrzowskiego tytułu. Początek był jeszcze całkiem dobry (w czterech pierwszych turniejach zdobył prawie 60% wszystkich punktów), ale potem mieliśmy w jego wykonaniu równię pochyłą. Gdyby nie dwa turnieje rozgrywane w Polsce, to być może musiałby liczyć nawet na dziką kartę. „Kołdi” z kolei gonił za własną legendą. Człowiek, który rok wcześniej dzielił i rządził teraz był cieniem samego siebie. Można powiedzieć, że w sierpniu sięgnął już takiego dna, że w końcu wsadzono go na jakiś czas do szpitala, czyli stało się to, co powinno się stać już w kwietniu, po groźnym wypadku podczas Grand Prix Europy w Lesznie.

Jeśli chodzi o ekstraligę, to pewnie moje zdanie nie będzie obiektywne, ale uważam, że wygrała drużyna najlepsza. I to zarówno pod względem sportowym jak i mentalnym. Trzy lokomotywy napędzające ten mechanizm, poza kilkoma gorszymi momentami, były niesamowicie skuteczne, a gdy do tego wszystkiego dołączył Jonas Davidsson, to właściwie nie było siły, która mogła to zatrzymać w sposób zgodny z przepisami i zdrowym rozsądkiem. O ile można mieć pewne obiekcje odnośnie niezbyt sportowej postawy i naginania regulaminu podczas rundy zasadniczej, to play-off był doskonały. Jednak dla mnie to nie zawodnicy byli najważniejszymi elementami tej układanki. Nie byłoby sukcesu bez człowieka, który potrafił to wszystko ogarnąć. Zresztą postawa innych drużyn dobitnie pokazała wpływ menadżera na wynik jego ekipy. Przecież Stal Gorzów i Unibax Toruń nie miały prawa nie wejść do finału rywalizując z porozbijanymi drużynami z Zielonej Góry i Leszna i pewnie spokojnie weszłyby gdyby nie… odpowiednio Czesław Czernicki i Sławomir Kryjom. Obaj mieli przeciwników prawie na łopatkach, wystarczyło skupić się wyłącznie na kwestiach sportowych. Poczuli się zbyt pewnie, a więc tak przy okazji chcieli się jeszcze odpłacić zupełnie prywatnie byłym pracodawcom. Jak się skończyło wszyscy wiemy.

Miniony sezon pokazał też niestety ułomność obowiązującego regulaminu. Sytuacja z meczu pomiędzy Falubazem a PGE Marmą Rzeszów, gdy Greg Hancock zanotował taśmę i defekt żeby Rafał Dobrucki mógł mieć status zawodnika zastępowanego i przekładanie meczów żeby wykorzystać tą „zz” podczas lubuskich derbów przede wszystkim nie wystawia dobrej opinii zielonogórskim sternikom. Najgorsze jest jednak to, że wszystko odbyło się w świetle obowiązujących przepisów. Największą jednak aferą był stan toru w Lesznie podczas ligowych pojedynków, a kumulację mieliśmy w trakcie półfinału z Toruniem. Cała sprawa, choć zapowiedzi były bardzo wielki, rozeszła się po kościach, a Unia nie poniosła praktycznie żadnych konsekwencji.

Dla mnie rok był niezły. Dzięki koledze Waldkowi mogłem być obecny podczas finału DMŚ na lodzie w Berlnie, finału DPŚ w Gorzowie oraz finału Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów w Pardubicach. Odwiedziłem także Stadion Olimpijski we Wrocławiu. Jak na jeden rok to bardzo fajny dorobek. Szczerze mówiąc w nowym roku chciałbym odwiedzić któryś z drugoligowych stadionów, bo mam pewien przesyt ekstraligą. W sumie dobrze, że jest zimowa przerwa – przesyt na pewno minie do kwietnia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *