Włókniarz wygrał z Unią, a Falubaz z regulaminem

Wielu fachowców wieszczyło kolejkę przekrętów, a tymczasem okazało się, że nie było wcale tak źle. Co prawda w Zielonej Górze kibice mieli niezły ubaw, gdy ich czołowi zawodnicy nagle notowali defekty i taśmy, ale to nie przeszkodziło gospodarzom wygrać dość wysoko i w całkiem niezłym stylu. Świetny mecz odbył się w Częstochowie. Oby więcej takich pojedynków, pomijając oczywiście chamskie zachowania, które powinny spotkać się ze zdecydowaną reakcją sędziego.

Przede wszystkim „Jaskółki” ucięły spekulacje o możliwym braku zaangażowania w meczu ze Spartą Wrocław. Goście pojechali bez Leona Madsena, ale i tak wygrali. Cóż tu można więcej napisać. Wrocławianie muszą walczyć o utrzymanie na własne życzenie, bo zupełnie bez sensu przegrali w Gdańsku, choć w tamtym pojedynku gospodarze byli bardzo słabi. Teraz znów kibice obu klubów będą mogli świętować 18 lat przymierza.

Włókniarz w świetnym stylu obronił ekstraligę i z tego tytułu chciałbym „Lwom” pogratulować. Mam nadzieję, że wreszcie ktoś tam przejrzał na oczy i zobaczył jak wielką krzywdę robiono tej drużynie ze strony sztabu organizacyjno-szkoleniowego. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, aby tor nadawał się do walki, wreszcie pozwolono gospodarzom na ściganie i efekt był piorunujący. Wreszcie szansę dostał Marcin Bubel i według mnie ją wykorzystał. A wydawało się, że kontuzja Kennetha Bjerre spowoduje utratę szans częstochowian na zwycięstwo. Podjęto decyzję o nieściąganiu Chrisa Harrisa, a kolejną szansę otrzymał Mirosław Jabłoński i okazało się, że trafiono w dziesiątkę, bo cel jakim było zwycięstwo z bonusem został osiągnięty w naprawdę świetnym stylu. Doskonałą robotę wykonali Daniel Nermark i Grigorij Łaguta, a pozostali tworzyli drużynę w pełnym tego słowa znaczeniu.

Unia Leszno odpadła na własne życzenie. Przed biegami nominowanymi „Byki” miały tylko trzy punkty straty, jednak to co zrobiła para gości w XIV biegu powinno być puszczane na każdym szkoleniu jako przykład jak nie wolno jeździć. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego Piotr Pawlicki przeszkadzał rozpędzonemu Damianowi Balińskiemu, gdy ten chciał zaatakować Grzegorza Zengotę. Czy nikt z młodemu nie powiedział o co jedzie jego drużyna? Efekt był taki, że walczących ze sobą leszczynian wyprzedził Rafał Szombierski. W poprzednim artykule napisałem, że kluczem do sukcesu gospodarzy będzie postawa pary G. Zengota – R. Szombierski i chyba trafiłem. „Szumina” był prawdziwym bohaterem tego spotkania. Po dramatycznym wypadku wsiadł na motor i przywoził ważne punkty.

Jeszcze parę zdań o meczu pod Jasną Górą. Na torze mieliśmy dwa karambole spowodowane chamską jazdą. Żużlowcy muszą mieć do siebie chociaż minimum zaufania. Jeżeli jeden próbuje drugiego z premedytacją odepchnąć nogą i wpakować w bandę, to jest bandyctwo i tak powinno być traktowane przez sędziego. Postawa Damiana Balińskiego kwalifikowała się na wykluczenie do końca zawodów, bo czegoś tak idiotycznie chamskiego dawno nie widziałem. Podeprę się przepisami. Regulamin Zawodów Motocyklowych na Torach Żużlowych w Art. 69 ust. 3 mówi wyraźnie:
„W przypadku szczególnie nagannej niesportowej lub niebezpiecznej jazdy zawodnika oraz w przypadku szczególnie nagannego zachowania się lub postępowania zawodnika, sędzia wykluczy zawodnika do końca zawodów, przy czym, jeżeli to zachowanie lub postępowanie ma miejsce w czasie innym niż podczas trwania biegu, wykluczenie do końca zawodów jest skuteczne od momentu decyzji sędziego i nie oznacza wykluczenia z zakończonego biegu. Konsekwencje wykluczenia do końca zawodów określone są w art. 77.”
Jeżeli kopnięcie przeciwnika, a tym samym utrata kontroli, doprowadzenie do szczepienia się motocykli, upadku rywala oraz swojego nie podchodzi pod ten artykuł, to co pod niego podchodzi? Podobna sytuacja była w kolejnym biegu, gdy Hubert Łęgowik chciał odepchnąć nogą rywala. Efekt – fatalny karambol trzech zawodników. Dlaczego pan Marek Wojaczek nie wykluczył tych dwóch zawodników do końca zawodów? Co musi się jeszcze stać? Życzyłem Unii Leszno awansu do półfinałów, ale po zdarzeniu z III biegu cieszę się, że Damian Baliński już nie pojedzie w tym roku w lidze.

„Dzięki” postawie Unii Leszno mecz w Zielonej Górze nie miał już właściwie żadnego znaczenia. Mimo to kibice nie narzekali na brak emocji, bo żużlowcy pokazali walkę, a kilka razy także świetną jazdę parą. A że potem zaczęły się dziwne manewry, to już raczej wina debilnego regulaminu. Wiem, że sportowiec powinien walczyć do końca, ale skoro twórcy przepisów promują przeciętność, to niestety trzeba się do tego dostosować, bo inaczej radość z bardzo sportowej postawy potrwa bardzo krótko, a moralne zwycięstwo nie jest ujęte w regulaminach. Tak więc mieliśmy defekt Piotra Protasiewicza, potem taśmę Andreasa Jonssona, defekt Patryka Dudka. Najśmieszniejsze rzeczy działy się już pod koniec meczu. PePe przegrał start, ale rywale popełniali takie błędy, że dla własnego bezpieczeństwa… musiał ich wyprzedzić. Następnie przez dwa okrążenia oglądał się czy jest wystarczająco daleko i gdy było to możliwe do wykonania – zdefektował. W ostatnim biegu sędzia był za szybki, więc AJ nie zdążył wjechać w taśmę. Oczywiście zanotował defekt. Czy to jest niesportowe? Pewnie można tak powiedzieć. Trzeba jednak pamiętać, że Brytyjczycy dzięki takim pomysłom pozbyli się z ligi najskuteczniejszych zawodników, bo ci byli za dobrzy i nikt nie chciał ich zatrudniać. Paranoja kompletna. Poza tym nie można powiedzieć, że zielonogórzanie jako drużyna odpuścili mecz, bo przecież wygrali różnicą 18 punktów. Nie można powiedzieć, że zlekceważyli kibiców, bo pokazali sporo chęci do jazdy. Ja traktuję defekty i taśmy jako swego rodzaju happening, bo jest sztuką pokazać regulaminowe debilizmy, a jednocześnie wygrać w dobrym stylu mecz.

I co możemy teraz powiedzieć o Falubazie? Jest słaby czy nie jest? Jonas Davidsson odradza się czy miał jednorazowy przebłysk w starciu ze słabym rywalem? Myślę, że po tym występie najbliżsi rywale zielonogórzan mają o czym myśleć i chyba zupełnie serio mają się czego obawiać. Odpowiedź powinniśmy otrzymać za dwa tygodnie.

Parę zdań o meczu w Toruniu. To było starcie dwóch drużyn mających różne cele. Walczący o wszystko podejmowali walczących o nic (przynajmniej dla siebie). Trudno zarzucić gościom, że nie podjęli walki, skoro po trzynastu biegach mieli raptem dwa „oczka” straty. Nie oglądałem jeszcze tego spotkania, ale mam nadzieję, że w niedługim czasie uda mi się to. Jeśli mam podsumować postawę torunian w rundzie zasadniczej, to porównam ją do wypitego ostatnio piwa z kolekcji specjalności. Nabyłem sobie ten produkt jednego z panujących nam niestety na rynku koncernów, choć omijam produkty tegoż z daleka. Cóż, podali nawet na etykiecie skład, więc zaryzykowałem. Z wierzchu bardzo stylowe, ale środek… To nawet nie było niedobre, bo niedobre jest przynajmniej jakieś. To było kompletnie nijakie. I podobnie jest na razie z Unibaksem. Cała otoczka „Krzyżaków” była fajna, ale środek zniechęcił do kupowania. Cóż z tego, że firma chwali się medalami na różnego rodzaju festiwalach piwnych, skoro to co produkuje (bo o warzeniu tu chyba nie ma mowy) jest kompletnie bez charakteru. Tak poprawne w każdym calu, że aż… nie skończę. Chociaż są tacy, którym smakuje.

One thought on “Włókniarz wygrał z Unią, a Falubaz z regulaminem

  • 28-08-2012 z 21:33
    Permalink

    a kibic-zuzla wygrał tym tytułem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *