Zwycięstwo wszystkich, czyli kogo?

Jak można było się spodziewać, trzy grupy (centrala, kluby i zawodnicy) doszły do porozumienia. Musiały się oczywiście porozumieć, bo nikomu żaden bojkot rozgrywek zwyczajnie nie opłacał się. Żużlowcy przyzwyczaili się do dużych pieniędzy, działacze z centrali też pewnie nieźle żyją z rozgrywek żużlowych, a kluby stoją przed ważnym wydarzeniem (pozornie nie mającym nic wspólnego ze sportem), czyli przyszłorocznymi wyborami samorządowymi.

Patrząc na to z perspektywy czasu uważam, że centrala całkiem zgrabnie to rozegrała. Chodziło o postawienie jakiejś granicy w promowaniu sponsorów indywidualnych, co niewątpliwie się udało, a w zamian zrezygnowano z zapisów, które stworzono właśnie po to, żeby móc z nich zrezygnować oraz tych, które istniały wcześniej, ale w praktyce nie były egzekwowane. Czyli centrala właściwie osiągnęła to co chciała. Zawodnicy musieli trochę spokornieć, czyli zrezygnować chociażby z bidonów podczas prezentacji i dekoracji. W zamian dostali jednak kilka dodatkowych miejsc na reklamy. Kto na tym stracił? Mam wrażenie, że najbardziej straciły kluby, które zarówno centrala, jak i sami zawodnicy mają w głębokim poważaniu. Przecież to kluby ponoszą koszty kontraktów, choć najwyraźniej zagrożone było fajne życie centralnych, więc musieli wziąć się do roboty i poszukać potężnego sponsora oraz podpisać odpowiednią umowę z telewizją, dzięki czemu ratują istnienie klubów, a tym samym swoje posadki. Za dużo było w ostatnich kilku latach przypadków niewypłacalności, a pierwszoligowcy nie byli przygotowani na ekstraligę ani finansowo, ani organizacyjnie. Można się domyślać, że zapewne kontrakt z telewizją przewiduje osiem drużyn w lidze, a nie siedem czy sześć i pół (jedziemy u siebie, a wyjazdy odpuszczamy).

Nie wierzę w to, że kluby będą działać mądrzej i dodatkowe środki przeznaczą chociażby na szkolenie. To znaczy może dwa lub trzy tak zrobią, ale większość zadowoli się tym, że są pieniądze i wszystkie dotacje zwyczajnie przeje. Kluby są pod presją zawodników, których jest po prostu za mało i będzie coraz mniej, jeśli ekstraliga nadal będzie próbowała zabijać rozgrywki w innych krajach. Przykładowo z Czech do jazdy w Polsce nadają się już tylko Vaclav Milik i Eduard Krcmar. Reszta, czyli może z dwudziestu chłopa, jest za słaba nawet na drugą ligę. Niemcy praktycznie w ogóle u nas nie startują, nie ma sensownych juniorów w Szwecji. Do wyciągnięcia zostają wychowywani na Wyspach Australijczycy, kilku Anglików (praktycznie tylko Tai Woffinden nadaje się na ekstraligę), Duńczycy (w nich najbardziej uderzyły przepisy o ograniczeniu startów do trzech lig), kilku Rosjan oraz pojedynczy (dosłownie) przedstawiciele USA, Słowacji, Słowenii, Finlandii, Francji. Nie ma na rynku zawodników!!! A skoro popyt jest większy niż podaż, to trzeba będzie więcej zapłacić.

W tym całym zamieszaniu zyskało też wizerunkowo Stowarzyszenie Metanol, choć tak prawdę mówiąc nie bardzo wiem co Krzysztof Cegielski uzyskał dla zawodników. Niestety, on sam zachowuje się jak typowy związkowiec, który patrzy na problemy bardzo krótkowzrocznie. Trochę tak jakby mówił do żużlowców: chłopaki bierzcie ile wlezie, bo nie wiadomo kiedy to wszystko się rozwali. A to, że się rozwali jest więcej niż pewne, chyba że faktycznie będą w polski żużel pompowane ogromne kwoty. Problem w tym, że brakuje zawodników, kibiców na trybunach jest coraz mniej, a i pieniądze z samorządów mogą się za dwa czy trzy lata skończyć. Czy Stowarzyszenie Metanol lub sami zawodnicy mają coś do zaproponowania? Z tego co widzę i słyszę, chcą tylko zarabiać…

Ciekawe jak długo ta karuzela będzie się jeszcze kręcić?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *