Wypadek Taia Woffindena, a dokładnie jego okoliczności i skutki, rozpoczęły serię publikacji, które niewiele wnosiły do tematu. W moim tekście chciałbym na bazie niedzielnego karambolu w Krośnie przyjrzeć się pewnym okolicznościom oraz skutkom.
Wiem, że wszyscy o tym wiedzą, ale jednak warto przypomnieć, że sprawa nie dotyczy pierwszego lepszego zawodnika, jeżdżącego po prowincjonalnych stadionach, ale trzykrotnego mistrza świata. Człowiek lubianego, ale też wzbudzającego kontrowersje. W pewien sposób jednej z ikon tego sportu. Nie chodzi mi o to, że mniej znani zawodnicy nie są warci uwagi, ale trudno nie zauważyć, że media o nich nie pamiętają. Ilu dziennikarzy pamięta o wypadku Maxa Dilgera sprzed pięciu miesięcy? Kilka artykułów w formie sensacji i tyle. Nikogo w mainstreamie nie interesuje gość jeżdżący gdzieś na francuskiej wsi. Z Taiem Woffindenem może być inaczej, przynajmniej na początku. Póki co jednak podnoszą się wartościowe głosy. I bardzo dobrze.
Można powiedzieć, że oprócz bardziej lub mniej sprawdzonych niusów, dotyczących skali obrażeń byłego mistrza świata, tematem wzbudzającym kontrowersje stały się: kwestia zasadności sparingów przedsezonowych oraz zachowanie się dmuchanej bandy, która w tym konkretnym przypadku bardziej przeszkadzała niż pomagała. Sama dmuchana banda jest genialnym pomysłem, ale sposób jej zamontowania zaczął budzić kontrowersje. Za wcześnie jeszcze na jakieś wnioski, bo temat jest świeży, ale roboczo mam wrażenie, że tu niekoniecznie chodzi o dmuchane bandy.
Na początku warty zauważenia jest fakt, że wreszcie głośno odezwało się kilku zawodników. Niewielu, to prawda, ale to zawsze coś. Dlaczego ważny jest ten głos, nawet jeżeli nie jest zrozumiany? Bo przebija się przez mur myślenia kibiców w Polsce, którzy nie znają innego świata. Wiem i widzę, że każdy głos przeciwko swego rodzaju tradycjom jest odebrany jako atak i na razie powoduje jeszcze większe zwarcie w szeregach obrońców oblężonej twierdzy. Niestety, działacze są po stronie kibiców. Tak swoją drogą, to ciekawe czy dziś ponownie padłyby w Kolegium Żużlowym słowa o tym, jak ważna jest infrastruktura dla kibiców? Miałem spory szacunek dla p. Marka Cieślaka, ale ostatnie kilka dni mocno ten szacunek podkopało. Od pewnego czasu funkcjonował jako najstarszy w rodzinie, co to mu się wybaczy jak coś palnie, ale tych głupot mówionych na zamówienie zrobiło się zbyt dużo. A może zawsze ich tyle było, tylko ich słyszałem? Nie wiem.
Czego zatem dotyczy krytyka? Dotyczy sensowności zmuszania zawodników do startu w sparingach i zapewne także udziału w treningach, choć to już sobie sam dopowiadam. Zawodowi żużlowcy wiedzą, że mają być przygotowani do sezonu i nikt nie musi ich kontrolować. W Anglii przed sezonem jest raptem kilka imprez indywidualnych i tyle, a sezon zaczyna się tam wcześniej niż u nas. Zawodnicy się szanują, ale jednocześnie wiedzą, że w każdym klubie jest tyle podpisanych umów, ile jest miejsc w składzie, tzn. zawodnicy z jednej drużyny nie muszą rywalizować o skład. W tym równaniu jest oczywiście trochę więcej niewiadomych, ale faktem jest, że nie trzeba ogłaszać składu cztery dni przed zawodami z późniejszą możliwością robienia zmian, bo skład jest wszystkim znany. To jest zupełnie inna mentalność. W Danii i Szwecji jest wewnętrzna rywalizacja, ale nie podczas treningów czy sparingów. Tam zresztą sezon zaczyna się później, gdy zawodnicy są już dość dobrze objeżdżeni. Temat na inny artykuł, którego i tak nigdy nie napiszę.
Na czym polega problem? Jeśli sparing ma służyć startom spod taśmy i zapoznaniu ze sprzętem, to nie powinny zdarzać się próby udowadniania swojej wartości. Jeżeli takie sytuacje się zdarzają, to znaczy, że pod taśmą próbnie staje zawodnik lepszy (pewny miejsca w składzie) i słabszy, który traktuje to ambicjonalnie. I mamy przepis na potencjalne problemy. Jeśli są rzeczywiście w klubach zawodnicy potrzebujący pomocy organizacyjnej w przygotowaniu do sezonu, to można byłoby organizować dla nich turnieje indywidualne. Dlaczego tego nie ma? Odpowiedź jest bardzo prosta: to się nie sprzeda ani finansowo, ani medialnie. Priorytetem przecież jest liga, a dokładniej… O tym za chwilę.
Mamy przykład „dziennikarstwa” na żużlowej Interii, gdzie już jeden autor dowodzi, że Michał Curzytek jest za słaby na pozycję U24 w Falubazie. I to na podstawie… Tak, dokładnie – na podstawie jednego sparingu, w którym zaliczył upadek. Czy to nie jest żenujące, że żużlowcy i działacze nie odcinają się od takich publikacji? I choć nie są to twórczość głównej gwiazdy dziennikarstwa tego portalu, to aż mi się ciśnie na klawiaturze tekst: „Ostaf Waćpan człowieka w spokoju”.
Pojawił się także temat źle montowanych dmuchanych band, a także informacje o pomyśle leżący podobno w szufladach od… 10 lat. Dmuchana banda w Krośnie rzeczywiście zachowała się zupełnie inaczej niż wszyscy byśmy tego oczekiwali. Jak wszyscy wiemy, tamtejszy tor, podobnie jak inne polskie obiekty żużlowe, otrzymał licencję, więc przez centralę (czy raczej naszego jedynego niezastąpionego Centrala) za bezpieczny. Po wypadku Central pojawił się na obiekcie tylko po to, żeby uznać, że wszystko odbyło się prawidłowo, a więc Tai Woffinden doznał obrażeń zgodnie z regulaminem. Innego podsumowania być nie mogło, bo Central sam na siebie nie będzie przecież kręcił bata.
O sposobie montowania dmuchanych band nie wypowiadam się, bo są ludzi mający na to jakieś pomysły. Myślę jednak, że proces licencyjny powinien uwzględniać skuteczność zamontowania tychże band, biorąc pod uwagę także prędkości osiągane na danym obiekcie. Ja zresztą nie lubię krośnieńskiego toru. Wg mnie on sam w sobie jest niebezpieczny. Nie wybacza błędów. To moje subiektywne zdanie. A tak poza tym, to klub z Krosna rok temu zablokował mnie na Facebooku, więc stosunek mam do niego taki, a nie inny.
Przeczytałem właśnie informację o odmowie jazdy w sparingu w Rybniku przez zawodników z Leszna. Powodem był sposób zamontowania dmuchanych band. Nie widziałem oczywiście, jak to wyglądało na żywo, ale mam zaufanie do Janusza Kołodzieja i Grzegorza Zengoty. Tak z drugiej strony wydaje mi się, że został przekroczony jakiś punkt krytyczny w relacjach na linii zwyczajni zawodnicy – działacze żużlowi, a wypadek Tajskiego stał się swego rodzaju iskrą, która na razie pokazała jakiś płomyczek. Nie bardzo wierzę w wywołanie pożaru, bo zbyt wielu żużlowców na zbyt wiele do stracenia i pewnie sami czołowi zawodnicy, z reprezentantami Polski na czele, ten płomyk zagaszą. Jedną z wcześniejszych spraw jest na pewno działaczowski hejt względem Macieja Janowskiego, praktycznie bez reakcji najważniejszych polskich żużlowców. Delikatne rozmowy czy wypowiedź po pytaniu dziennikarza, to nie jest reakcja. Ci ludzie, niezależnie od tego czy się wzajemnie lubią, powinni się przede wszystkim szanować, ale sami ze swoimi żądaniami zabrnęli za daleko i mają zbyt wiele do stracenia.
Pytanie, które jest dla mnie fundamentalne brzmi: jeśli bezpieczeństwo zawodników nie jest priorytetem dla działaczy centrali, to co jest tym priorytetem? I tutaj nasuwa mi się jedna odpowiedź: zysk. A zysk osiąga się na kibicach telewizyjno-internetowych, którzy – jak pisałem ostatnio – zbyt często nie rozumieją tego, co wokół nich dzieje. Mając wielkie ego dotyczące swojej roli, w rzeczywistości są pożytecznymi idiotami, przed którymi zarówno telewizja, działacze, jak i niestety zawodnicy pajacują. Nie potrafię zrozumieć podziękowań żużlowców dla jakiejś grupy, która przed chwilą obrażała ich rywali z toru. To kolejny dowód na to, że zawodnicy nie szanują się nawzajem. Smutne…
Kiedy poczytałem trochę komentarzy pod wpisami dotyczącymi odwołanego sparingu w Rybniku, to nie mam wątpliwości, że tego, co dzieje się wokół polskiego żużla nie da się uratować. Jeśli w żużlu najważniejsi mają być kibice, którzy nie są przecież konieczni, to taka sytuacja nie może trwać wiecznie. Jeśli nie będzie miał kto jeździć, to nawet miliard kibiców nic tu nie pomoże. Chyba, że sprzeda się im wyścigi wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Ludzie wszystko kupią…
Podczas sparingu w Lesznie zrobiłem zdjęcie, bo stwierdziłem, że przyda mi się do jakiegoś artykułu. Ono świetnie pokazuje, kto ma najlepiej widzieć to, co dzieje się na torze. Najważniejszy jest pan z kamerą. Nawet, jeśli go nie ma…