Polski ligowy żużel jest fenomenem na mapie tego sportu. Nie od 10 lat, również nie od 30. Myślę, że przyjęcie okresu półwiecza jest tutaj bardzo bezpieczne. Na czym ten fenomen w moim odczuciu polega? Nie na jakimś niespotykanie wysokim poziomie rozgrywek, nie na Bóg wie jak zaciętych i wyrównanych meczach, nie na regulaminach wzbogacających ten sport, ani nowinkach technicznych wnoszących cokolwiek do jego rozwoju. Tym co wyróżnia nasz ligowy żużel jest zakorzenienie drużyn w lokalnych ośrodkach: wśród kibiców, działaczy, a przez to także władz samorządowych. Dzięki temu, pomimo wielu perturbacji, ośrodki żużlowe w Polsce nadal istnieją, choć niektóre z przerwami.
Zaznaczam, że to co piszę dalej jest moją subiektywną opinią, częściowo opartą na moich doświadczeniach, które nie muszą być reprezentatywne dla ogółu kibiców.
Jeśli chodzi o hierarchię w speedwayu, to absolutnie najważniejsi są zawodnicy, bo bez nich nie ma tego sportu. Muszą mieć gdzie jeździć i na czym jeździć i tutaj w dużym uproszczeniu kończy się część czysto sportowa. Jeśli jednak zabawa ma dawać nie tylko przyjemność, ale także zarobek dla żużlowców i szeroko pojętego środowiska organizacyjnego, to ktoś musi za to zapłacić. Tym kimś stają się kibice, bezpośrednio płacąc za bilety, ale przede wszystkim przyciągając sponsorów oraz (w przypadku Polski) motywując władze samorządowe do podtrzymywania tradycji.
W czasach PRL na trybunach były tłumy, a stadiony, choć formalnie mniejsze niż dziś, potrafiły pomieścić dużo więcej ludzi. Zamiast siedzisk były ławki, na których spokojnie siadało 1,5-2 razy widzów, a jednocześnie nie było właściwie żadnych norm bezpieczeństwa, ani limitów. Niejednokrotnie zdarzało się, że stadion weszło tyle ludzi ile… potrafiło się zmieścić. Kibice w ogromnej większości byli pracownikami miejscowych fabryk i finansowali z własnej pracy etaty zawodników, którzy formalnie byli tam zatrudnieni. Gdyby zwyczajni ludzie zaczęli buntować się przeciw takim praktykom, to pewnie dużo trudniej byłoby je utrzymywać.
Na marginesie dodam, że o tych tłumach na polskich stadionach opowiada bodajże Marek Cieślak w swojej książce. Kontekstem jest tutaj przeliczenie ich na możliwość zarobienia przez angielskich promotorów, odwiedzających nasz kraj przy okazji imprez mistrzowskich. Liczba kibiców zdecydowanie przerastała frekwencję na angielskich obiektach i to w czasie złotej ery żużla na Wyspach.
Jako ciekawostkę polecam materiał TVP Sport z 1990 roku, dostępny na YT, gdzie na pierwszy mecz Hansa Nielsena na stadionie Motoru Lublin, mającym dziś pojemność 9302 miejsc, przyszło… 25 tys. ludzi.
Procentowy udział kibiców speedwaya w miastach żużlowych
Kilka dni temu zamieściłem na moim profilu facebookowym prostą tabelkę, która ma oczywiście charakter czysto poglądowy, Dotyczy średniej frekwencji na poszczególnych obiektach (źródło: Sportowe Fakty), pojemności stadionów oraz liczby mieszkańców tych miast (źródło: Wikipedia).
| Miasto | Liczba Mieszkańców |
Pojemność Stadionu |
Średnia Frekwencja |
Śr. frekw./ Liczba mieszk. |
Śr. frekw./ Poj. stadionu |
|
|---|---|---|---|---|---|---|
| 2 | Kraków | 807644 | 8000 | 2533 | 0,31% | 31,66% |
| 4 | Łódź | 648711 | 10350 | 3618 | 0,56% | 34,96% |
| 5 | Poznań | 536818 | 6275 | 4166 | 0,78% | 66,39% |
| 6 | Gdańsk | 487834 | 8670 | 4083 | 0,84% | 47,09% |
| 28 | Opole | 125492 | 8000 | 2116 | 1,69% | 26,45% |
| 3 | Wrocław | 673531 | 13675 | 13675 | 2,03% | 100,00% |
| 14 | Rzeszów | 198540 | 11547 | 4332 | 2,18% | 37,52% |
| 9 | Bydgoszcz | 324984 | 11800 | 7617 | 2,34% | 64,55% |
| 8 | Lublin | 328868 | 9302 | 8575 | 2,61% | 92,18% |
| 35 | Tarnów | 101614 | 12790 | 4050 | 3,99% | 31,67% |
| 13 | Częstochowa | 202415 | 16350 | 8100 | 4,00% | 49,54% |
| 50 | Piła | 69748 | 4029 | 3766 | 5,40% | 93,47% |
| 54 | Ostrów Wlkp. | 68949 | 10000 | 3815 | 5,53% | 38,15% |
| 26 | Rybnik | 129817 | 12484 | 7814 | 6,02% | 62,59% |
| 16 | Toruń | 193224 | 15506 | 12415 | 6,43% | 80,07% |
| 30 | Gorzów Wlkp. | 114567 | 15200 | 7624 | 6,65% | 50,16% |
| 25 | Zielona Góra | 138760 | 14586 | 10112 | 7,29% | 69,33% |
| 57 | Gniezno | 63143 | 9662 | 4666 | 7,39% | 48,29% |
| 41 | Grudziądz | 87696 | 8000 | 7486 | 8,54% | 93,58% |
| 94 | Krosno | 43594 | 7000 | 5294 | 12,14% | 75,63% |
| 62 | Leszno | 59521 | 16760 | 8257 | 13,87% | 49,27% |
Dane dotyczą 2025 roku, więc liczby nie są już specjalnie szokujące. Mimo to nadal procentowo widać, gdzie nawet garstka 4 tys. kibiców stanowi całkiem przyzwoity procent mieszkańców miasta. Chyba najbardziej widoczne jest to na przykładzie Tarnowa i Wrocławia. 4 tys. ludzi w Tarnowie stanowi dwukrotnie wyższy odsetek mieszkańców niż komplet publiczności we Wrocławiu.
Zgodnie z tym co napisałem wyżej zakładam, że kiedyś procentowy udział kibiców żużla wśród mieszkańców miast był dużo większy. Trzeba także zauważyć, że mobilność ludzi była wówczas mniejsza, więc zakładam, że ówcześni kibice byli faktycznie mieszkańcami żużlowych miast. Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Kluby nie podają procentowego podziału na mieszkańców miast i mieszkańców okolicznych miejscowości. Na bazie własnych obserwacji w Zielonej Górze, niepotwierdzonych niestety twardymi danymi, przyjmuję, że udział mieszkańców miast żużlowych spadł bardzo mocno. Nie byłbym zaskoczony, gdyby spadł do 50% lub nawet poniżej.
Ton rozgrywkom w latach 80-tych nadawały Leszno, Gorzów Wlkp. Toruń, Zielona Góra, czyli miasta średniej wielkości. Warto zaznaczyć, że nie było wtedy ligowych drużyn w Poznaniu, Łodzi czy Krakowie. Jeśli dodamy, że ekipy z Wrocławia i Lublina startowały w 2. lidze, niekoniecznie walcząc o awans, to dostaniemy tylko Gdańsk i Bydgoszcz z pierwszej dziesiątki największych miast Polski (6 i 8 miejsce wówczas). Akurat w tych dwóch miastach były kluby „gwardyjskie”, które miały zupełnie innych patronów, ale to nie jest temat tego artykułu.
Skutki i rozwój sytuacji
Konsekwencją bardzo głęboko zakorzenionej tradycji żużlowej w miastach średniej wielkości było rozpoczęcie szaleństwa w czystej postaci, gdy kluby zaczęły kontraktować zawodników zagranicznych przy coraz bardziej rosnących oczekiwaniach kibiców. W Zielonej Górze byliśmy akurat na żużlowej prowincji, bo po spadku w 1994 roku ZKŻ zaczął wracać poważniej do elity dopiero w 2003 r. Niestety, nie na długo, bo kontrakty nie miały pokrycia we wpływach do klubu. Nie chcę tutaj wchodzić w większe zielonogórskie szczegóły, bo temat jest ogólnopolski.
Tak kręciła się ta karuzela. Podpisywano kontrakty, walczono za wszelką cenę o byt w lidze. Czasem kończyło się medalem, czasem bankructwem. Nierzadko to drugie wynikało z pierwszego. Nowe podmioty przejmowały chwałę po poprzednikach, ale bez długów i szaleństwo zaczynało się od początku. Proces postępował od początku lat 90-tych i – pomimo wprowadzanych zmian – nie udało się go okiełznać do dzisiaj.
Żużel był wciąż postrzegany jako sport prowincjonalny. Ciężko jest mi to teraz ocenić, ale nie wykluczam, że właśnie w latach 90-tych i pierwszej dekadzie XXI wieku, kiedy panowało wielkie bezrobocie, a mimo wszystko kibice tłumnie walili na stadiony, kiedy politycy pojawiali się z tego powodu na stadionach przed wyborami, ta prowincjonalność (w złym tego słowa znaczeniu) w postrzeganiu do żużla oraz kibiców została wzmocniona. I tak po prawdzie mówiąc, gdy patrzę na to wszystko z dzisiejszej perspektywy, to trudno byłoby się dziwić. Centrum, czyli Warszawa odjeżdżało coraz szybciej, Gdańsk i Bydgoszcz (z grupy największych miast) powoli schodziły coraz niżej w żużlowej hierarchii i tylko Wrocław pozostawał dużym i znaczącym żużlowym miastem. Formalnie dołączyły później Kraków, Poznań (epizod z 1991 r. mogę pominąć) i Łódź, ale one nie wniosły wiele do wizerunku speedwaya w Polsce, startując wiecznie na zapleczu, mając problem z osiągnięciem frekwencji na poziomie 0,5% mieszkańców miasta.
Do czego zmierzam? Chcę pokazać, że przez wiele lat to kibicowskie szaleństwo było zjawiskiem bardzo lokalnym i także lokalnie było wykorzystywane. Wcale nie skończyło się w czasach najwyższego bezrobocia, ale rozkręcało się coraz bardziej. Trudno jest mi jednak znaleźć przykład osoby, która zyskałaby status znanej publicznie dzięki działalności w żużlu. Nawet zawodnicy nie wyszli ponad lokalną rozpoznawalność, poza Tomaszem Gollob i Bartoszem Zmarzlikiem.
Jakie nastąpiły zmiany?
Pod koniec lat 90-tych pojawiły się w Polsce pierwsze platformy cyfrowe. W 1999 roku, po raz pierwszy w historii naszego ligowego speedwaya, pojawiła się telewizja, która formalnie oferowała mecze żużlowe w swojej ramówce. Chodzi o Wizja TV, czyli pierwszą polską platformę cyfrową. Jej zasięg potencjalnie obejmował cały kraj, ale zasięg żużla nie był specjalnie wielki, choć rósł z czasem. Moim zdaniem Wizja TV wyznaczyła pewne standardy transmisji żużlowych, które właściwie obowiązują do dziś. Postaram się opisać moje zdanie w tym zakresie w kolejnym artykule.
Wizja TV posiadała prawa do 2001 r., a potem odeszła w niebyt. Transmisje przejął Polsat, również wykorzystując kanały płatne. Warto dodać, że umowy raczej były negocjowane bezpośrednio z klubami, które wielkich kokosów z tych transmisji nie miały. Jednak sam fakt transmisji wybranych meczów z każdej kolejki był przełomem. Dodatkowo Polsat czasem przeprowadzał późnym wieczorem retransmisje meczów na kanale otwartym. Toż to prawie szaleństwo w porównaniu z warszawską telewizją centralną, która do pewnego momentu właściwie żużla nie zauważała.
W 2007 r. powołana została spółka Ekstraliga Żużlowa, której PZM powierzył organizację rozgrywek. Celem było dostosowanie Ekstraligi do standardów ligi zawodowej, wprowadzenie standardów organizacyjnych, wizerunkowych i formalnych, a dzięki temu prowadzenie skutecznych negocjacji biznesowych, dotyczące przede wszystkim praw telewizyjnych do rozgrywek jako całości. Prawda jednak była taka, że kluby – przez opisaną wyżej spiralę oczekiwań i kontraktów bez pokrycia – znajdowały się w coraz gorszej sytuacji, grożącej upadkiem całych rozgrywek. Jednym z ważnych celów EŻ było więc wprowadzenie systemu licencyjnego i nadzoru finansowego, mającego ograniczać zadłużanie się klubów i wzmocnienie stabilności finansowej rozgrywek.
To wszystko bardzo atrakcyjnie brzmi w założeniach, ale – przekładając to prostszy język – celem było wyrwanie ligowego żużla z otoczki paździerzowej prowincji, gdzie króluje zasada „zastaw się, a postaw się” i zaoferowanie go jako profesjonalnego produktu, który będzie dostępny przede wszystkim dzięki sprzedaży praw telewizyjnych. I przyznam, że te główne założenia były naprawdę dobre.
Rozpoczęto od umowy z TVP i zaoferowania szerokiej publiczności ligowego żużla w kanale otwartym (2008-2012). Transmitowano wybrane mecze z każdej kolejki i było to ciekawe rozwiązanie. Żużel był naprawdę szeroko dostępny, ale… No właśnie. Nie było z tego tytułu specjalnie dużych wpływów dla klubów, przez co sytuacja finansowa nie została opanowana. W zasadzie było coraz gorzej, bo nie udawało się powstrzymać rozpędzonej karuzeli oczekiwań. Okazało się, że środowiska będące od zawsze motorem napędowym oglądalności, czyli kibice i działacze klubowi, są dużo bardziej odporni na zmiany niż można było w najgorszych snach przypuszczać.
Powrócono więc do stacji płatnych, bo została podpisana umowa z nc+ na lata 2013-2015. Kontrakt opiewał bodajże na 8 mln zł, co było wówczas kwotą potężną. A przynajmniej tak się wydawało. Dodatkowo od 2014 roku sponsorem Ekstraligi została firma PGE Problem w tym, że wciąż nie udawało się powstrzymać głównego zagrożenia, czyli finansowego upadku klubów w wyniku podpisywania kontraktów niemożliwych do spełnienia. System licencji nie zdawał egzaminu i chyba nawet przestał być straszakiem, bo przecież głupio byłoby, że w najwyższej lidze występowały cztery drużyny.
Rosła presja na samorządach, które w coraz większym stopniu nie tylko wspierały, ale wręcz finansowały to szaleństwo, przeznaczając coraz większe kwoty na tzw. promocję miasta, gwarantując kredyty, a czasem – jak to miało miejsce w Zielonej Górze w 2015 roku – ratując właściwie klub przed bankructwem. Może wielu już nie pamięta, ale zaproszono do klubu przy W69 radnych i przedstawiono „program” naprawczy, którego głównym elementem było… oczywiście – zaangażowanie miasta. Licencja została przyznana i wszystko kręciło się dalej. Ech…
Wtedy zaczął pojawiać się kolejny problem, o którym bardzo mało się mówi. Zaczęła zmieniać się struktura kibiców. Na stadionach pojawiało się coraz więcej ludzi już nie z samych żużlowych miast, ale z okolicznych miejscowości. Można powiedzieć – bardzo dobrze, bo przecież zwiększał się zasięg speedwaya. To prawda – miało to na pewno wpływ na zakup abonamentów telewizyjnych i pozycję negocjacyjną Ekstraligi. Jednocześnie żużel stawał się coraz bardziej śmierdzącym jajem dla samorządów, bo przecież ludzie z okolicznych miejscowości nie mają wpływu na wybory Rady Miejskiej ani Prezydenta Miasta. Przykładowo w Zielonej Górze podczas ostatnich wyborów samorządowych okazało się, że żużel zaczął tracić pozycję atrakcyjną politycznie. I raczej wątpliwym dla mnie jest, żeby jego wartość w tym zakresie zaczęła rosnąć.
Obawiam się, że w całym tym szaleństwie i pogoni za coraz większymi pieniędzmi pominięto bardzo ważny element. Pomimo prób globalizowania, żużel pozostaje sportem, który opiera się na głębokim zakorzenieniu w lokalnym środowisku. To co robione jest obecnie, to próba bardzo płytkiego „rozlania” go na jak największy obszar. Czy to się uda? Nie wiem. Na razie coraz bardziej podcinane są korzenie..
O tym jak coraz wyższe kontrakty wpływają na polski ligowy żużel (w mojej ocenie oczywiście) postaram się napisać w drugiej części, która pewnie będzie równie długa. A na pewno będzie dużo bardziej kontrowersyjna.

