W końcu nadszedł 20 marca, w końcu był ten dreszczyk, patrzenie na pogodę, szybki obiad i wreszcie jadę na żużel. Pod stadion zajechałem nieco ponad pół godziny przed rozpoczęciem meczu, Zaskoczyłem się niemal pełnym parkingiem przy nowym cmentarzu (siłą woli znalazłem jedno miejsce), choć jednocześnie pewnie kilkanaście samochodów więcej mogłoby na nim zaparkować, gdy niektórzy tzw. kierowcy parkowali zgodnie z liniami. Życie.
Falubaz podejmował drużynę z Torunia o skomplikowanej nazwie, która dla mnie pozostanie po prostu Apatorem. Na trybunie K (tylko ona była otwarta) znalazłem miejsce mniej więcej na wprost startu, z którego mogłem zrobić parę zdjęć. Niedaleko mnie komuś wylało się piwo, albo raczej płyn sprzedawany jako piwo. Nie wiem co to było, ale smród był strasznie dziwny.
W końcu start do pierwszego biegu i już pierwsze emocje. Doskonały w pierwszym łuku Patryk Dudek został połknięty przez gospodarzy (słowo 'Zielonogórzanie’ nie przechodzi mi przez klawiaturę w przypadku tego zespołu). Na wyjściu z pierwszego łuku podniosło Dominika Kuberę, który musiał ratować się przed uderzeniem w tylne koło Przemysława Pawlickiego, a potem przed bandą. Stracił drugie miejsce i tyle było ścigania w inauguracyjnym biegu. Od 3. biegu goście wyszli, mając w składzie zawodników jadących pewniej, lepiej startujących i lepiej wybierających ścieżki.
Szkoda upadku Antoniego Kawczyńskiego, którego wyprostowało na wyjściu z pierwszego łuku 10. wyścigu, uderzył w Przemysława Pawlickiego i upadł wprost przed nadjeżdżającego Mitchella McDiarmida. Jestem pełen podziwu dla młodego Australijczyka, który w ostatnim momencie zdołał lekko wstać na motocyklu i dzięki temu zdecydowanie ograniczyć skutki przejechania nad rywalem. A. Kawczyński doznał urazu barku, bardziej z momentu uderzenia o tor.
Potem interwencja medyków, wyjazd karetki do szpitala i… nie widziałem wielkiego sensu siedzenia na stadionie. To co chciałem zobaczyć, to zobaczyłem. Przetestowałem sprzęt do robienia zdjęć w warunkach bojowych.
Jeśli chodzi o podsumowanie, to oczywiście wynik jest najmniej ważny. Dużo ważniejsze jest to, co można zobaczyć i usłyszeć „między wierszami”. Przede wszystkim Falubaz ma problem torem w pasie ok. 2 metrów od krawężnika, szczególnie przy wyjściach z łuków. Problem najwyraźniej jest spory, bo gospodarze – jak powiedział Dominik Kubera po meczu – dopiero w czwartek (dzień przed sparingiem) trenowali pierwszy raz spod taśmy. Przypomnę, że pierwszy trening odbył się… 10 marca. Tłumaczenie przez tej klasy zawodnika brakiem „wjeżdżenia” czy „najeżdżenia” jest… nieważne. Przypomnę, że po sezonie dotychczasowy toromistrz Falubazu zrezygnował z pracy w klubie.
Druga kwestia dotyczy toru, ale w innym kontekście. Po raz kolejny żużlowcy Falubazu kręcą kółka u siebie, a potem przyjeżdżają rywale i okazuje się, że zawodnicy gospodarzy tak naprawdę nie bardzo wiedzą, jak po swoim torze jeździć. Dobrze, że w tym roku przyjechali tacy zawodnicy jak Emil Sajfutdinow, Robert Lambert czy Mikkel Michelsen, bo dzięki temu Falubaz ma bardziej realny punkt odniesienia.
Ja jestem tylko kibicem, jednak wg mnie zawodnicy Falubazu powinni możliwie jak najmniej czasu poświęcać na trenowanie na swoim torze, bo najwyraźniej ten owal nie sprzyja budowaniu formy. On może posłużyć do kręcenia kółek, ale jak najszybciej trzeba trenować na innych owalach.
No i jeszcze na koniec kilka słów o spikerach. Wg mnie Rafał Darżynkiewicz dał radę. Jego głos robi robotę. Może merytorycznie trzeba jeszcze trochę popracować, ale generalnie zatrudnienie byłego komentatora zielonogórskiej Kablówki jest dobrym pomysłem. Natomiast pani Ola, znana z imprez młodzieżowych z drugiej połowy poprzedniego sezonu, nie ma radiowego głosu i potrzebuje jeszcze sporo doświadczenia.





























