Kiedyś kalendarz kibica żużlowego był dużo prostszy. Sezon rozpoczynał się od Kryterium Asów, a w wielkanocny poniedziałek startowała liga. Chyba, że Wielkanoc przypadała akurat bardzo późno – wówczas rozgrywano w ten świąteczny dzień drugą lub trzecią kolejkę. To był pewien rytuał.
Aktualnie w okresie przedświątecznym organizuje się tyle imprez, że wyjątkowość tego poniedziałku rozpłynęła się w morzu turniejów z gwiazdorską obsadą i wątpliwym prestiżem. Cóż jest wyjątkowego w występie Bartosz Zmarzlika, skoro startował 27-29 marca, a potem w Wielki Czwartek, Wielką Sobotę, Wielkanoc i Poniedziałek. Ile można się ekscytować pojedynkami z Brady Kurtzem? Tak jakby nie było innych żużlowców.
W zalewie gwiazd nagle okazało się, że prawdziwą perełką jest turniej pasjonatów, którzy przejeżdżają nierzadko prawie 2 tys. kilometrów w jedną stronę, żeby wystartować w zawodach i wrócić. Udało mi się pojechać do Gniezna i zobaczyć ludzi, którzy na żużlu na pewno nie zarabiają, ale jazda jest to dla nich wielką radością. Mam ogromny szacunek dla tych gości, dlatego cieszę się, że mogłem ich ponownie zobaczyć.
Nie spodziewałem się tłumów na trybunach, ale po niedzielnych przygodach kibiców w Zielonej Górze stwierdziłem, że kupię bilet online. Na miejscu był ponad 3,5 godziny przed zawodami. Pojechałem zwiedzić gnieźnieńską katedrę, bo bardzo lubię to miejsce. Dobrze, że ciepło się ubrałem, bo wiało bardzo mocno, a żeby na spokojnie zwiedzić to wyjątkowe miejsce musiałem pospacerować trochę i poczekać aż skończy się msza św.
Po zwiedzaniu pojechałem na stadion, mijając po drodze starą parowozownię. Chciałbym kiedyś to miejsce zobaczyć z bliska. Następnie zaparkowałem obok stadionu i poszedłem kupić programy. Kasa była otwarta. Kartka papieru kosztowała 5 zł. Grubo. Zostawiłem programy w samochodzie i ruszyłem na stadion. Brama była otwarta więc wszedłem. Naskoczył na mnie wielki ochroniarz, żebym natychmiast opuścił to miejsce. Na moje pytanie: „kiedy będzie można wejść?” odburknął „nie wiem”. Tak jakby nie można było spokojnie powiedzieć, że kibice będą mogli wejść od godz. 14:30. Dobrze, że przechodził ktoś z klubu i odpowiedział spokojnie na moje pytanie. Cóż było robić? Poszedłem w stronę parowozowni. Po drodze spotkałem Wiesia Potulnego, więc można było spędzić czas w dobrym towarzystwie. Tylko przejście wśród wąskotorowych pociągów z powybijanymi szybami pozostawiło niesmak.
W końcu można było legalnie wejść na stadion. Przejście obok parkingu. Charakterystyczny hałas rozgrzewanych silników i jakże przyjemny aromat spalanego oleju na bazie rycyny. Niczym inhalacja. Głęboki wdech i przed siebie. Rozpoczęło się od treningowych przejazdów osiemnastu żużlowców. Nie było prezentacji. Wyjechała jeszcze polewaczka, a kilka minut po godz. 15:30 żużlowcy wystartowali do pierwszego biegu. Okazało się, że premierowa gonitwa przyniosła sporo emocji, bo na ostatniej prostej Marcel Szymko wyprzedził Andrija Rozaliuka.
Pierwszą serię obejrzałem z trybuny głównej, ale to nie jest dobre miejsce do śledzenia zawodów. Dźwięk fajnie odbija się od starego dachu i daje przyjemny efekt. Generalnie siedzi się jednak daleko od toru, a wieżyczka sędziowska nie ułatwia oglądania. No i zaplecze sanitarne pozostawia fatalne wrażenie, ale to temat na osobny artykuł.
Po 4. biegu przeniosłem się na pierwszy łuk. Stamtąd ogląda się zawody dużo lepiej. Tyle, że wiało straszliwie. Zimny wiatr był momentami tak mocny, że miałem problem z utrzymaniem aparatu. To już oczywiście nie jest wina obiektu.
Pierwszy raz od dłuższego czasu wypełniałem program, bo stwierdziłem, że w ten sposób będę lepiej śledził poszczególnych zawodników. I faktycznie pomogło mi to w ogarnianiu zawodów. Zwłaszcza, że czołówka była bardzo wyrównana. Dominatorem okazał się Roman Kapustin, który wygrał wszystkie swoje biegi. Za nim jednak była czwórka zawodników z 12 punktami i szkoda, że nie rozegrano wyścigu dodatkowego. Drugie miejsce zajął Marcel Szymko, mający na swoim koncie cztery zwycięstwa i upadek w starciu z R. Kapustinem. Wydaje mi się, że upadek był skutkiem jakiegoś defektu.
Szkoda Lukasa Hromadki, który zanotował upadek w swoim czwartym starcie, jadąc daleko z tyłu. Skupiłem się na zawodnikach z przodu i nie widziałem co się stało. Dopiero interweniująca pomoc medyczna uświadomiła mi, że stało się coś złego. Więcej dowiedziałem się od fanów Startu, którzy śledzili wyścig uważniej niż ja.
Było trochę walki na dobrze przygotowanym torze. Gdyby iść tropem Ekstraligi i liczyć mijanki, to na pewno turniej nie byłyby w ogonie klasyfikacji. Po raz kolejny potwierdziło się, że do ciekawych zawodów nie potrzeba gwiazd – wystarczy w miarę wyrównana stawka, a taka rzeczywiście w poniedziałek pojawił się w Gnieźnie.
Na trybunach pojawiło się 200 może 300 kibiców. Nie wiem czy zawody były jakoś specjalnie reklamowane. Obok stadionu nie było żadnej informacji o turnieju. Zresztą, czy informacja wiele by zmieniła?
Warto było zrobić parę kilometrów i pojawić się w wielkanocny poniedziałek w pierwszej stolicy Polski. Dla mnie ten turniej był świetnym prezentem.























































