Przejrzałem wyniki najwyższej żużlowej klasy rozgrywkowej w Polsce z okresu, że tak to nazwę, nowoczesnych rozgrywek. Chodzi o czas po upadku PRL, czyli od 1990 roku, gdy w składach pojawili się żużlowcy ze światowej czołówki, a w polskich klubach pojawiły się gwiazdorskie kontrakty, choć nie zawsze były na nie pieniądze.
Trzy tuziny sezonów, to bardzo wiele czasu, więc może być ciężko objąć ten mikroświat jakimiś obiektywnymi kryteriami. Bo czy można sugerować się przede wszystkim medalami, albo przede wszystkim liczbą sezonów odjechanych w mistrzowskich rozgrywkach? Przecież niejednokrotnie zdarza się, że drużyna pojawia się znikąd, wygrywa, a po kilku sezonach znika nagle, niczym spadająca gwiazda. Zdarza się także, że drużyna istnieje, co roku bierze udział w lidze, ale w większości sezonów nie wnosi absolutnie niczego do wartości tych rozgrywek. Postaram się te moje podsumowania jakoś uśrednić.
Rozpocznę od kwestii najłatwiejszych. Przez te 36 lat w najwyższej klasie rozgrywkowej wystąpiło 17 drużyn, czy raczej wystąpiły drużyny z 17 miast, bo formalnie podmiotów tutaj było więcej. O ile działacze chętnie podpierają się historią, szczególnie tą chwalebną, to długami już niekoniecznie. A długów trochę zostało. Zakładając jednak, że jedno miasto to jeden klub, nie ma właściwie żadnego polskiego klubu żużlowego, który w ciągu opisywanego okresu nie zostałby doprowadzony na skraj upadłości. Czasem pojawił się bogaty sponsor, częściej pomagał samorząd. Bywało również, że dawny dobroczyńca po kilku sezonach stawał się grabarzem.
Warto także zauważyć, że czterokrotnie w ciągu tych 36 lat zmieniano liczbę drużyn. Dwukrotnie zwiększano z 8 do 10 i dwukrotnie zmniejszano z 10 do 8. Za każdym razem przyjmowano inny sposób i – szczególnie przy zwiększaniu liczby drużyn – można mieć wrażenie, że reforma ta była lekko lobbowana. Bo jak inaczej sytuację gdy na koniec 1991 roku awansowały… cztery drużyny. Trzecie w 2. Lidze Wybrzeże, które wsparli Marvyn Cox oraz John Davis, pokonało w dwumeczu ROW Rybnik. Czwarta w 2. Lidze Sparta Wrocław, wsparta w barażu z Unią Leszno dwoma innymi Brytyjczykami ze światowej czołówki oraz Vaclavem Milikiem, pokonała z kolei biedny wówczas jak mysz kościelna klub z Leszna. W 2011 roku za to dwie pierwsze drużyny z niższej ligi po prostu awansowały, a jednocześnie nikt nie spadał. Nawet ekipa z Częstochowy, która zajęła ostatnie miejsce. Niezbadane są wyroki centrali. Gdyby nie te roszady, mogłoby się okazać, że Wrocław i Częstochowa miałyby trochę mniej osiągnięć. Swoją drogą w tzw. międzyczasie udowadniano, że w zasadzie nie ma w Polsce więcej niż 8 zespołów, które w jednym sezonie są w stanie rywalizować w Ekstralidze.
Trochę odszedłem od tematu, więc wracam na właściwe tory. Z tych 17 drużyn mamy dwie, którym nie udało się ani razu utrzymać w Ekstralidze. Tak będę nazywał te rozgrywki, bo będzie mi łatwiej. Dwukrotnie próbowała ekipa z Ostrowa Wlkp., a raz ekipa z Krosna. Możemy je wyłączyć z tego artykuły, bo poza nabiciem statystyki, niczego więcej nie wniosły. Zostaje nam więc 15 drużyn.
Jeśli wziąć pod uwagę same medale, to najwięcej złota ma Unia Leszno (7), ale jednocześnie wszystkich medali ma „tylko” 11. Zdecydowanie wyżej są Toruń (19 medali, w tym 4 złote) i Wrocław (18 medali, w tym 5 złotych). Więcej medali od leszczyńskich „Byków” mają także bydgoszczanie (12, w tym 5 złotych) oraz gorzowianie (również 12, w tym dwa złote). Kto jeszcze zabłysnął? Częstochowa (8, 2 złote), Zielona Góra (7, 4 złote), Tarnów (7, 3 złote), Lublin (6, 3 złote), Piła (5, 1 złoty) oraz Gdańsk, Rybnik i Rzeszów po jednym medalu.
Można coś na podstawie samych medali powiedzieć? Trochę można, ale tylko trochę. Może porównamy sobie zatem liczbę lat spędzonych w Ekstralidze? Tutaj dominuje Toruń (35), potem jest Wrocław (33), Leszno (32), Gorzów Wlkp. (31), Częstochowa (29), Zielona Góra (28), Bydgoszcz (22) i Tarnów (19).
Komuś, kto interesuje się ligą żużlową krócej może nasunąć się pytanie: a gdzie jest Lublin, który ma 6 medali? A gdzie jest Grudziądz?
Może zatem warto prześledzić spadki? W tej mało chwalebnej kategorii prowadzi Gdańsk (8) przed Rybnikiem (7). Zaraz za nimi jest Rzeszów (6) oraz Zielona Góra (5). Skoro Zielona Góra ma 28 sezonów w Ekstralidze, ale aż 5 spadków, to czy taki spadkowy sezon jest powodem do chluby? Są jeszcze ciekawsze zagadnienia, bo opisany przypadek Częstochowy nie jest jedynym, gdy najsłabsza drużyna nie spadła. W 2015 roku Grudziądz utrzymał się, choć zajął ostatnie miejsce, bo drużyna z Rzeszowa nie uzyskała licencji. Czyli jeden spadek Rzeszowa niekoniecznie wynikał z kwestii czysto sportowych. Swoją drogą Rybnik dwukrotnie awansował, choć nie powinien. Raz – w 2005 roku, gdy zajął 3 miejsce w 1. Lidze, awans zawdzięczał… posiadaniu sztucznego oświetlenia, a w 2015 roku awansował z 2 miejsca, ponieważ rozgrywki 1. Ligi wygrała drużyna łotewska, której Ekstraliga nie przyjęła.
Jeśli jesteśmy przy spadkach, to w omawianym okresie aż w 17 sezonach zdarzył się przypadek, że drużyna spadała bezpośrednio po awansie. Przodują tutaj Gdańsk i Rybnik, które dokonały tej sztuki pięciokrotnie. Trzykrotnie drużyna spadała rok po zdobyciu medalu (Rzeszów, Gdańsk, Bydgoszcz). Drużyna z Gdańska dokonał wielkiej sztuki, gdy spadła w 2000 roku, choć prowadziła w połowie rundy zasadniczej, mając w składzie m.in. Tony Rickardssona, Sebastiana Ułamka i Krzysztofa Cegielskiego.
Dobrze. Są medale, są spadki, ale przecież drużyna może występować i niczego nie wnosić do rozgrywek. Może warto także to uwzględnić? Założę więc, że niewiele wnosi do rozgrywek drużyna, która zajmuje miejsce 6. lub niższe. Okazuje się, że najwięcej taki nijakich sezonów zanotowały zespoły z Częstochowy i z Leszna – po 9. Po 7 mają Grudziądz, Wrocław i Zielona Góra, a 6 Rzeszów. I tu jest też ciekawostka, bo Grudziądz, który wcale nie ma ma wielu sezonów, nie ma medali jest w czołówce nijakości. Tak swoją drogą warto dodać, że w ciągu ostatnich kilku sezonów ekipa z tego miasta aż cztery raz z rzędu zajmowała przedostatnie miejsce, ale nie jechała w barażach, bo… nie było baraży.
I teraz podsumuję. Od liczby sezonów (36) w Ekstralidze odejmę liczbę spadków i liczbę nijakich lat i to będzie jakiś bardziej obiektywny wskaźnik. W tym najbardziej wg mnie obiektywnym podsumowaniu wygrywa Toruń, który przejechał 30 sensownych sezonów w Ekstralidze. Ale nawet tutaj należy się pewne wyjaśnienie, bo w 2007 roku klub stanął nad przepaścią. Choć nie spadł, to finansowo był w zasadzie niewypłacalny. Wtedy jednak pojawił się jeden z najbogatszych Polaków i uratował klub, a 1,5 roku później drużyna jeździła już na nowej, wybudowanej od podstaw za ok.100 mln zł Motoarenie. W miejscu starego stadionu stoi dziś Toruń Plaza. Motoarena miała być miejscem triumfów, ale na mistrzostwo „Anioły” czekały aż… 17 lat.
Wracam do „sensownych” sezonów. Na drugim miejscu jest Wrocław (25), potem Gorzów Wlkp. (21), Leszno (20), Częstochowa (17), Zielona Góra (16). Wszystkie te zespoły jeżdżą dziś w Ekstralidze.
I tutaj dochodzimy do swego rodzaju efemeryd, które szybko zaczęły świecić, ale szybko gasły. 10 sensownych sezonów przejechał Tarnów (7 medali), 9 – Lublin (6 medali) oraz 7 Piła (5 medali). Czy Lublin przetrwa dłużej? Na razie wydaje się, że tak, ale warto pamiętać, że to właśnie Motor zatrudnił Hansa Nielsena, zdobył srebro w 1991 roku, a w 1995 roku pożegnał się z Ekstraligą na… 23 lata. Warto też zauważyć, że złote czasy klubów z Piły, Tarnowa i Lublina były ściśle splecione z wpływami miejscowych polityków lub/i wsparciem m.in. spółek państwowych. Ciekawy temat do rozważenia.
Dobra, Ktoś może powiedzieć: co mnie obchodzą rzeczy, które działy się 20 czy 30 lat temu. Podsumujmy zatem na podobnej zasadzie ostatnie 10 lat. Okazuje się, że sensowne sezony miało w tym czasie tylko 8 klubów. Najwyższy poziom trzyma tutaj Wrocław (10), a na kolejnych miejscach znajdują się: Gorzów Wlkp. (8), Częstochowa (7), Toruń (5), Leszno, Lublin, Zielona Góra (po 5) oraz Grudziądz (4). Dokładnie te same zespoły, które wystąpią w rozgrywkach Ekstraligi 2026. Żadna z innych drużyn nie zajęła w ciągu ostatnich 10 sezonów miejsca wyższego niż 6., czyli nie wniosła właściwie niczego do rozgrywek.
Jak to uzasadnić. Wg mnie jest to po prostu kwestia pieniędzy. Ekipy występujące w Ekstralidze mają dużo wyższe budżety, głównie dzięki wpływom od sponsorów ligi. Beniaminkom bardzo ciężko jest dorównać do tych kwot, a jednocześnie dużo później mają możliwość budowy składu.
Ostatnie trzy lata zostały absolutnie zdominowane przez trzy kluby: Lublin, Wrocław i Toruń, które dzielą między siebie medale. Wg mnie największe parcie będzie we Wrocławiu, bo choć Sparta na kolejne mistrzostwo czeka tylko 5 lat, to ostatni prawdziwie mistrzowska seria zdarzył się tam w latach 1993-1995. Srebro i brąz to nie są takie sukcesy. Pewnie spore parcie będzie w Toruniu, gdzie nie ma jeszcze przesytu, a na mistrzostwo czekano nad Wisłą 17 lat. W walce na presję rozpychać się będzie jeszcze Falubaz, bo od ostatniego mistrzostwa minęło już 13 lat, a ostatnie sezony były w większości zdominowane przez przeciętność.
Tak więc wszystkie te zebrane do kupy treści doprowadziły mnie do wniosku, że Ekstraliga jest w dużej zabetonowana i to nie tylko w ostatnich latach. Nie ma praktycznie sezonu, w którym byłoby więcej niż 7 drużyn jako tako przygotowanych finansowo i organizacyjnie na występy w elicie.
Ciekawe ile pieniędzy wydano w ciągu tych 36 sezonów na ligę, po której nic więcej już nie ma? Ilu prezesów czy sponsorów zostało politykami? Ilu polityków utrzymało się dzięki żużlowi? Ile pieniędzy poszło z samorządów, a ile ze Spółek Skarbu Państwa. Na tym tle ciekawie mogłaby wyglądać kwota pozyskana przez działaczy klubowych od sponsorów. Ile pieniędzy wydano na stadiony, które w dużej części nie nadają się dla innych dyscyplin?
Czy Ekstraligę uda się rozruszać? Czy po latach powróci do elity Bydgoszcz, a może drugą próbę podejmie Krosno? Czy łódzka Moto Arena wreszcie pozna smak rozgrywek, na potrzeby których powstała bodajże 8 lat temu?
Uwierzycie Państwo, że w czasie tych 36 lat zaledwie pięciu polskich żużlowców zdobyło medale IMŚ? Uwierzycie, że Polacy nigdy nie wygrali Speedway of Nations? W seniorskim speedwayu ratuje nas wyłącznie Drużynowy Puchar Świata, który zdobyliśmy dziewięciokrotnie, w tym sześć razy na własnym podwórku. Tyle, że przez ostatnich 25 lat tych rozgrywek medale zdobywało tam… sześć krajów, z czego jeden został w 2022 roku wykluczony.
Takie jest przełożenie najlepszej ligi świata na rozgrywki międzynarodowe. Ale to już zupełnie inna historia…


„Swoją drogą w tzw. międzyczasie udowadniano, że w zasadzie nie ma w Polsce więcej niż 8 zespołów, które w jednym sezonie są w stanie rywalizować w Ekstralidze. Nie ma praktycznie sezonu, w którym byłoby więcej niż 7 drużyn jako tako przygotowanych finansowo i organizacyjnie na występy w elicie.” Większość lig w większości sportów brałoby w ciemno ligę z siedmioma w miarę wyrównanymi drużynami na szczycie. Rozkłady poziomów sportowych są po prostu gruboogonowe i jest tendencja do powstawania wieloletnich dominatorów. Nie ma podziału na szczyt, centrum i dół ligi. Nowe ośrodki nie mogą celować w centrum,.w którym by się ustabilizowały i zawalczyły potem o więcej. Dlugofalowo brak 10-12 drużyn jest błędny jednak przede wszystkim dlatego że traci dla Ekstraligi wielkie aglomeracje Trójmiasta, Poznania, Łodzi. Ale oznaczałoby też mniejsze dywidendy dla pozostałych i PZM.
„Założę więc, że niewiele wnosi do rozgrywek drużyna, która zajmuje miejsce 6. lub niższe. ” Dlaczego szóste lub niższe? A nie piąte lub siódme? A co w przypadku jeżeli: a) szósta drużyna wygra każdy mecz u siebie i wyjazd i pierwszej oraz drugiej drużyny b) piąta drużyna przegra każdy dwumecz z drużynami 1.-4., każdy mecz domowy z 6.-8. i wygra wyjazd tylko u ósmej drużyny? Która z nich więcej „wnosi” ?
Poprawka: wygra każdy mecz domowy z 6.-8.
Nie porównywałbym żużla w Polsce do innych sportów, bo to nie ta skala. Mamy 20 czy w porywach 22 drużyny, z czego 8 czy 10 ledwo zipie i połowa tabeli drugiej klasy rozgrywkowej jest szczytem ich możliwości i często zbyt wielkim wysiłkiem finansowym. To wszystko przy wsparciu samorządów. Bez pieniędzy publicznych drużyn byłoby znacznie mniej.
W mojej opinii utrzymywanie na siłę istnienia klubów ma pokazywać pozorną możliwość walki o ekstraligę, ale ostatnie 10 lat pokazuje, że nie ma więcej niż 8 klubów, które są w stanie jakoś spełnić coraz wyższe wymagania finansowe i organizacyjne. Zresztą z tych ośmiu połowa wnosiła cokolwiek w bardzo ograniczonym zakresie.
Dochodzimy do poziomu, gdy mamy trzy kluby rozdające ostatnio medale między sobą. Można oczywiście powiedzieć, że podobnie jest w najlepszych piłkarskich ligach Europy. Tyle, że tam czołówka 5-6 drużyn ma 14-15 rywali i wiele lig niższych, gdzie przede wszystkim powstają nowe talenty i generowane jest zainteresowanie rozrywkami, dzięki czemu sprzedawane są prawa telewizyjne, które całą zabawę finansują. W polskim żużlu tej podstawy nie ma. Zmniejsza się zainteresowanie oglądaniem, a przede wszystkim kibice coraz częściej nie chcą płacić coraz większych pieniędzy za abonamenty. Przekaz o drugim sporcie w Polsce może się powoli kończyć. Tylko jeden klub może pochwalić się pełnymi trybunami na każdym meczu. Polski żużel jest przepłacony. Stworzono system, którego bez zewnętrznego finansowania nie jest w stanie udźwignąć więcej niż 25-30% klubów w Polsce, co przy bardzo ograniczonym zasięgu grozi zawaleniem całego systemu.
To oczywiście moja subiektywna opinia.
Takie przyjąłem założenie, choć oczywiście w szczegółach może to się trochę rozjeżdżać. W 2010 r. Falubaz zajął 6. miejsce po rundzie zasadniczej, a mimo to zdobył srebrny medal. W 2025 r. zajął 5. miejsce, choć poza jednym wyjątkiem, wygrywał tylko z ekipami, które były niżej w tabeli. Mimo wszystko jednak do końca rundy zasadniczej miał szansę na czwórkę, więc coś wnosił. W przypadku tych wyliczeń uśrednienie działa wg mnie właściwie.
Ad. 1. „Nie porównywałbym żużla w Polsce(…)” – ok, ale wyższa skala działa tylko na korzyść mojego twierdzenia. 30-35% aktywnych drużyn walczy w miarę wyrównanie. Nie do pomyślenia ze sportami, gdzie nawet w Polsce liczba drużyn jest rzędu pięciu cyfr. Choćby drużyna żużlowa byłaby w każdej gminie to nadal byłoby właśnie tylko tyle w grze o najwyższe stawki. Tak po prostu działają liczby, ekonomia, socjologia, psychologia. „14-15 rywali” możemy łatwo zrobić – po prostu stworzyć jedną Ekstraligę na 22 zespoły, po 2 mecze każdy z każdym i 22 kolejki. Nic to nie zmieni.
Utyskiwanie na finanse z samorządów i SSP to ulubiony sport redakcji Speedway Stara. Tamto środowisko miało wszystkie narzędzia, by zmienić swoją sytuację. Stało w centrum światowej kultury, która rzutuje trendami na cały świat, używa języka, który na pewnym poziomie znać chce lub musi znać każdy. Nie pomnę centrum biznesowego. Jeszcze 2 lata temu widziałem w internecie statystyki, jak niewiele w 1990 r. brakowało Starowi do czytelnictwa równego znanemu z F1 Autosportowi. Cóż, zamiast silnego, niezależnego managementu wybrało sobie sejmik szlachecki pod nazwą BSPA. Mimo różnicy 300 lat u nich też nie wyszło.
Ad. 2. „Takie przyjąłem założenie, choć oczywiście w szczegółach może to się trochę rozjeżdżać.”(…) – wynik dwumeczu w tzw. „ćwierćfinale” i półfinale E-ligi nie może rzutować w całości, czy drużyna „wnosi”. To za mało. Ósma drużyna, która przegrywa wszystko 44:46 w domu i na wyjeździe dostarcza 14 pasjonujących widowisk. Piąta, która przegrywa 20:70 wyjazdy i różnymi wynikami wygrywa wszystko u siebie zażyna ligę, nieważne jak jej pójdzie w play-off. A gdyby Coubertin stwierdził 130 lat temu, że będą cztery medale, np. platynowy za pierwsze miejsce, to kryterium wnoszenia byłoby inne ?
Pozdrawiam w oczekiwaniu na terminarz 1. i 3. ligi na Wyspach
W ten sposób możemy dojść do absurdu: zmniejszyć liczbę drużyn do 10, ścignąć wszystkich najlepszych zawodników na świecie i cieszyć się wyrównaną ligą. Im mniej drużyn tym łatwiej o wyrównany poziom, Zwłaszcza, że w żużlu wszystkie kluby są z miast co najmniej powiatowych. To też przyczynia się do wyrównania poziomu.
W tym artykule chciałem przekazać, że choć w ciągu 36 lat na żużel w Polsce poszły kolosalne pieniądze, choć właściwie każdy klub po drodze został doprowadzony niemal do dna finansowego, to wciąż większość działaczy klubowych nie poszła po rozum do głowy i dalej popełnia te same błędy. Dla mnie to jest kuriozum, że nie udaje się w tak małym gronie wypracować więcej niż ośmiu ośrodków, które są przygotowane organizacyjnie i finansowo na rozgrywki.
Nie dziwię się, że brytyjski żużel irytuje się na dofinansowanie ze środków publicznych żużla w Polsce. Tam zawsze wszystko musiało się spinać lokalnie. I właściwie cały speedway poza Polską tak wygląda, bo to sport lokalny, wręcz prowincjonalny.
Tam zawsze wszystko musiało się spinać lokalnie – no nie, oni mieli sponsoring Daily Mirror i regularny czas antenowy w ITV. Do tego wypłaty z zysku za finały na Wembley. To nie było od zawsze spinanie lokalne W ten sposób możemy dojść do absurdu – jak już wykazałem to nie jest absurd tylko normalna kolej losu w sporcie niezależnie od liczby drużyn.
Ja to widzę tak. Opieka Daily Mirror wg mnie dotyczyła bardziej zaplecza medialnego. Były oczywiście turnieje sponsorowane przez ten dziennik, ale niekoniecznie dotyczyło to ligi jako całości. Stawki za punkt, z tego co można przeczytać w książkach dotyczących np. Ove Fundina czy Edwarda Jancarza, były raczej niskie i wymagały dużej liczby startów. Zawodnicy mogli dorobić w turniejach indywidualnych, ale nie były to jakieś wielkie kokosy. Edward Jancarz nie mógł sobie nawet pozwolić na mechanika. Dlatego żużlowcy prowadzili nierzadko prywatne interesy poza żużlem lub okołożużlowe, a ci słabsi byli półprofesjonalistami. Sport od strony kibicowskiej polegał na masowości, czyli popularności w miastach robotniczych i rzeczywiście dużą rolę odgrywała tutaj telewizja. Ona nie sponsorowała żużla, ale utrzymywała zainteresowanie. Wszystko zaczęło walić po przemianach gospodarczych i kryzysie przełomu lat 70-tych i 80-tych. Młode pokolenie nie przejęło zainteresowania żużlem, a program World od Sport zniknął z anteny w 1985 r., więc zaczęła sypać podstawa finansowania. W mojej ocenie speedway w Anglii był zawsze sportem oddolnym, zarówno w kwestii organizacji, jak i zawodników.
Jeśli chodzi o Wembley, to w latach 60-tych, kiedy Ove Fundin przełamał monopol zawodników z krajów Wspólnoty Brytyjskiej i zawody odbywały się tam co trzy lata, to raczej trudno mówić o wielkim wpływie. A przecież to lata 70-te były kolejnym złotym okresem żużla w Anglii. Powiedziałbym, że sporo zmieniła rewolucja sprzętowa i wejście marki Weslake z silnikiem czterozaworowym, co z jednej strony było kwestią czasu, a z drugiej podniosło koszty i rozpoczęło wyścig technologiczny na coraz większą skalę.
U nas jest próba polskiego zglobalizowania tego sportu. Ubrania w jedną szatę, unormowania. Mimo to, jak próbuję pokazać pokazać w artykule, nie udało się na razie wypracować systemu, w którym jest więcej niż 7-8 klubów mogących pozwolić sobie na starty w ekstralidze, nawet niekoniecznie wnosząc cokolwiek do jakości. Czyli jest ekstraliga, natomiast zaplecze niekoniecznie potrafi zastąpić kluby spadające.