Życie potrafi zaskoczyć. Miał być wyjazd do Dohren i Brokstedt, ale pogoda spłatała figla. Organizatorom z Dohren należą się wielkie podziękowania za szybkie podjęcie trudnej decyzji, dzięki której zaoszczędziliśmy sporo czasu, pieniędzy i rozczarowań. Wszystko było przygotowane, ale okazało się, że cały plan upadł. Skoro weekend i tak był zarezerwowany na wyjazd, to zapadła szybka decyzja: zmiana celu na Krško i Mureck. To była krótka noc, bo z domu wyjechałem o godz. 2:35.
Na parkingu w Legnicy spotkałem się z Wiktorem Balzarkiem, a potem razem ruszyliśmy w drogę. Przed nami było trochę ponad 800 km, a mieliśmy tylko nieco ponad godzina zapasu. Nawigacja strasznie upierała się, żeby kierować nas na Ostrawę i dopiero po jakimś czasie poznaliśmy powód: tunele na S3 były zamknięte. Z konieczności musieliśmy zjechać na boczne drogi, co znów zajęło nam cenny czas. Na szczęście była to prawie ostatnia niespodzianka w drodze do Krško. Ostatnią był deszcz, którym przywitała nas Słowenia. Opady były niestety towarzyszem naszej podróży aż do samego celu, więc pojawiały się pewne wątpliwości. Jechaliśmy jednak twardo, a nadzieję wlała informacja o przeprowadzonym treningu przed zawodami.
Pogoda nie rozpieszczała nas także na miejscu. Idąc na Stadion Matije Gubca (patron był przywódcą powstania ludowego w 1573 r.). Widoki były w duże mierze zasłonięte przez niskie chmury, a okolica prezentować mogłaby się pięknie i zielono. Okoliczne góry z robią klimat, ale o tym mogliśmy przekonać się dopiero wyjeżdżając w niedzielny poranek. Podczas przejścia przez most na Sawie zrobiłem zdjęcie starszej części miasta.

Stadion położony jest bardzo blisko rzeki. Dla kibiców dostępna jest kryta trybuna oraz niewielki kawałek wału pomiędzy trybuną a parkingiem. W krajobrazie za drugim łukiem dominują góry oraz… kominy papierni Vipap Videm, która zakończyła produkcję w ub. roku. Bardzo charakterystyczne jest także drzewo, które strzeże drugiego łuku niczym stary Ent. Za pierwszym łukiem nic ciekawego nie ma, ale widok za drugim robi robotę.
Przy dużej wilgotności tor był naprawdę świetnie przygotowany, za co należą się wielkie brawa dla organizatorów z klubu AMD Krško. Brama parkingu otworzyła się punktualnie o godz. 15:00 i zawodnicy wyjechali do pierwszego wyścigu Memoriału Matiji Duha. Warto tutaj zaznaczyć, że w memoriale młodzi żużlowcy rywalizowali na silnikach 250cc, a nie 500R. Jako pierwszy linię mety w sobotę minął Franciszek Szczyrba, jadąc bardzo pewnie na bardzo mokrym i śliskim torze. Poniżej dołączam kilka zdjęć z inauguracyjnego biegu.
Każda z czterech serii składała się z dwóch biegów Memoriału Matije Duha (250cc) oraz trzech wyścigów Pucharu AMD Krško (500cc). Zawody rozgrywano dość szybko. Pierwsze równanie toru przeprowadzono po drugiej serii. Na zewnętrznej części toru zebrało się sporo materiału co sprawiało sporo problemów mniej doświadczonym żużlowcom, ale także starszym żużlowcom na dużych silnikach. Upadek na prowadzeniu zaliczył Matic Ivačič, na szczęście jadący za nim Sebastian Szostak wcześniej odpuścił gaz.
Po dwóch seriach organizatorzy wpuścili na tor ciągniki i polewaczkę. Wśród nich był stary traktor Deutz oraz ciężarówka TAM. Nie wiedziałem, że ta marka jeszcze istnieje. Kiedyś były to popularne większe jugosłowiańskie autokary, ale sama marka jest słoweńska. To, co nam wydawało się początkowo dziwną i trochę chaotyczną pracą, dało jednak rewelacyjne efekty. Pomimo siąpiącego deszczu zawody rozegrano do końca na dużo lepszej nawierzchni. Brawa należą się także żużlowcom, zarówno tym młodszym, jak i starszym. O tym jak niełatwa była nawierzchnia mogliśmy przekonać się po zawodach, spacerując po torze.
Po zawodach weszliśmy na tor. Dopiero z tej perspektywy mogliśmy ocenić jak trudna i śliska była nawierzchnia. Wejścia w łuki są w Krško stosunkowo wąskie, co wpływa niewątpliwie na trudność mijania rywali. Z poziomu toru mogłem zrobić zdjęcia trybuny. Dalej niż do parkingu nie szedłem, żeby za bardzo nie wziąć na buty błotnistej nawierzchni.
Na murawie stadionu odbyła się dekoracja zwycięzców obu turniejów. Zarówno Franciszek Szczyrba, jak i Sebastian Szostak okazali się tego dnia niełapalni dla rywali. Potem przeszliśmy do parkingu, gdzie mogłem obserwować prace ekip zawodników. Bardzo fajnie rozmawiało się z Tatą Franka Szczyrby. Gdybym umiał rozmawiać, pewnie mógłbym dowiedzieć się dużo więcej.
Przy okazji zapozował mi Chorwat Dario Vugrinec z córką, który tego dnia nie pojawiał się na torze. Dzięki niemu na stadionie była chorwacka flaga, co jest aktualnie bardzo wyjątkowym wydarzeniem.
To był speedway w czystej postaci, choć niekoniecznie czystym się z niego wychodzi. Warto było przejechać tyle kilometrów, żeby zobaczyć ludzi, którzy chcą ścigać się w lewo, pomimo trudnych warunków.
Choć pogoda nie rozpieszczała, na trybunach zasiadło całkiem sporo kibiców i to także warto zauważyć. Organizatorzy zrobili kawał świetnej roboty. Dzięki temu w końcu mogłem odwiedzić tor, o którym myślałem od pewnego czasu, ale powstrzymywała mnie spora odległość od domu. Przybyłem, zobaczyłem i nie żałuję.



































