Drugi dzień wycieczki rozpoczął się od pobudki i śniadania w Krško. Rano zrobiłem jeszcze zdjęcie pomnika Matija Gubca, który jest także patronem tamtejszego stadionu. Pozostało wsiąść do auta i ruszyć w drogę do Mureck. Dystans nie był przesadnie wielki, bo obie żużlowe miejscowości dzieli niespełna 140 km.
Tym razem pogoda była piękna, więc Krško miało możliwość pokazania się ze zdecydowanie korzystniejszej strony. Widoki za oknami samochodu robiły wrażenie, ale nie było czasu na zwiedzanie. Może uda się następnym razem? Może będzie następny raz? Krško pozostawiło po sobie bardzo dobre wrażenie i tylko szkoda, że jest tak daleko…
W Mureck zaparkowaliśmy najpierw obok pola kampingowego, kilkaset metrów od stadionu. Spokój, cisza, śpiew ptaków, trochę ludzi spędzających wczesne popołudnie na spacerze. Nic nie wskazywało, że za kilkadziesiąt minut będzie tutaj słychać motocykle żużlowe.
Nie ukrywam, że po wejściu na obiekt poszedłem sprawdzić, czy można kupić semmelschnitzel, czyli mówiąc prościej – kotlet w bułce. Podobnie jak 7 lat temu sznycle szykowane były na miejscu. Piękna sprawa i radość wielka.
Mocno zaskoczyliśmy się torem. Wyglądał jakby na stadionem przeszła straszna ulewa, a organizatorzy mieli walczyć o rozegranie imprezy. Tyle że poza torem było sucho, a zalanie toru było działaniem absolutnie celowym. Po raz kolejny podczas tego wyjazdy przekonaliśmy się jednak, że pozornie chaotyczne prace wynikają ze znajomości zachowania się nawierzchni przez gospodarzy. Przyznam jednak, że oczekiwanie na efekt tego ryzykownego posunięcia trwało długo, a traktory na pierwszym łuku pracowały nawet podczas prezentacji.
Tor w Mureck jest trudnym owalem o bardzo długich prostych i stosunkowo krótkich łukach, przy czym szczególnie ten drugi nie lubi wybaczać błędów żużlowcom, którzy go zlekceważą. Nie ma tam wielkiej liczby mijanek, ale samo oglądanie zawodników pędzących po tym owalu sprawia mi wielką frajdę. Do tego jest ciekawie położony w spokojnej okolicy, otoczony drzewami, a za prostą przeciwległą w krajobrazie rządzi zjeżdżalnia.
Tym razem każda seria także składała się z pięciu wyścigów: na początku startowały dzieci na pitbike’ach, potem był bieg 250cc, a następnie trzy gonitwy „dorosłych” motocykli. Jako pierwsi na ten niełatwy i mokry wciąż tor wyjechali najmłodsi zawodnicy. Poradzili sobie bez jakichś większych przygód, więc można było uznać, że wcześniejsze prace przyniosły pożądany efekt. W pierwszym wyścigu dużego turnieju taśmy dotknął Roman Kapustin, ale sędzia Oliver Özelt nie przerwał procedury startowej, bo przecież turniej miał charakter towarzyski i chodziło o to, żeby wyścigi odbywały się w pełnej obsadzie. Roman po ciekawym wyścigu pokonał swojego rodaka Makara Lewiszyna. W trzecim wyścigu zabrakło bardzo równo wystartowało trzech zawodników, ale przy wejściu w pierwszy łuk wzięty w kanapkę przez duńskich rywali Andrei Popa musiał w sposób jak najbardziej kontrolowany położyć motocykl. Na szczęście obyło się bez groźnych konsekwencji, a w powtórce oglądaliśmy całą czwórkę żużlowców.
W drugiej serii z bardzo dobrej strony pokazał się jedyny Polak w obsadzie turnieju, czyli Leon Szlegiel. Poziom trzymali Duńczycy, natomiast żaden Ukraińców nie przywiózł punktu. Makar Lewiszyn zaliczył upadek we wspomnianym drugim łuku, ale na szczęście bez groźnych konsekwencji.
Turniej zasadniczy składał się z trzech serii. Od trzeciej serii zaczęło rządzi drugie pole startowe, które z czasem było niemalże gwarancją sukcesu. Z kolei bardzo ciężko było zrobić coś wielkiego spod bandy. W finale znów wystrzelił do przodu niebieski kask, czyli Jacob Bølcho. Za nim gonił Villads Pedersen, ale były mistrz świata 250cc przy wejściu w pierwszy łuk drugiego okrążenia popełnił błąd, musiał wyjechać pod samą bandę i spadł na koniec stawki. Jeszcze na ostatnim łuku doprowadził do niebezpiecznego zetknięcia z Leonem Szlegielem, ale ostatecznie pozostał na czwartym miejscu. Drugi dojechał solidny Andreas Olsen.
Warto odnotować, że na torze, po raz pierwszy po bardzo groźnym wypadku i poważnej kontuzji, na torze zaprezentował się Rumun Andre Damian. Jeździł spokojnie, ale zakwalifikował się do wyścigu półfinałowego. Jak sam mówił, brakowało mu jeszcze sił na pełne cztery kółka, ale sezon kończy na motocyklu.
Po zawodach oczywiście odbyła się dekoracja, a potem jeszcze długie rozmowy Wiktora z zawodnikami i arbitrem zawodów, którym mogłem się przysłuchiwać.
Bardzo przyjemnie spędzona była ta niedziela. Jesienny klimat na stadionie ucieszył mnie, bo szukałem właśnie takich okoliczności do zdjęcia. Jeden z zawodników, nie pamiętam który, wyjechał pod samą bandę w jednym z biegów i wzniósł góry całą grupę leżących tam liści. Nie udało mi się tej sytuacji sfotografować.














































