Pojechałem dziś do Leszna na sparing Unii z Motorem. Wyjazd planowałem wcześniej i tak poukładałem sobie dzień, żeby było to możliwe. Śledziłem oczywiście prognozy pogody i patrzyłem także za moje zielonogórskie okno, bo przecież ta nasza pogoda z reguły idzie właśnie w stronę Leszna.
Jeszcze ok. godz. 13:30 spojrzałem na profil FB Unii Leszno. Po drodze miałem przerwę w Sławie, więc ponownie spojrzałem na tenże profil. Zapraszano na zawody, więc jechałem dalej. Pod stadionem im. Alfreda Smoczyka byłem 25 minut przed planowaną godziną rozpoczęcia meczu. Kasy były czynne, można było kupić bilet, kibiców wpuszczano na trybuny. Fajnie.
Trochę gorzej wyglądała rzeczywistość po wejściu na trybuny. Na 20 minut przed rozpoczęciem meczu goście mieli obchód toru w „cywilnych” ubraniach. Tor był mokry, jak to po opadach deszczu bywa, a do tego wyglądał na śliski. Podejrzewałem, że sparing zostanie odwołany.
Na tor wyjechały jednak dwa traktory i rozpoczęły jakieś prace. Spiker mówił, że czeka na informację z parkingu. Kilka minut po godz. 16:00 ogłoszono odwołanie zawodów. Trudno mieć pretensje o to, że żużlowcy nie stanęli pod taśmą, bo przecież dla zawodników Motoru miał to być pierwszy sprawdzian. Nie ma sensu niepotrzebnie ryzykować.
Trochę pretensji jednak mam do organizatorów, bo:
– nie położono plandeki, chociaż opady były zapowiadane od kilku dni,
– nie było informacji na FB o niepewnej sytuacji pogodowej (tylko kibice pisali o tym w komentarzach)
– sprzedawano bilety i wpuszczano kibiców na stadion,
– zawody odwołano w momencie, gdy rozpoczęły się jakieś prace przy torze.
Niestety, z taką sytuacją spotykam się w Lesznie nie po raz pierwszy. Dziwne to wszystko. Dobrze, że udało się oddać szybko bilet w kasie. Wsiadłem w samochód i ruszyłem do Gorzowa.













