Tegoroczny wyjazd rozpoczął się 8 stycznia, czyli w dniu kupienia biletów. Potem było niemal dziewięć miesięcy oczekiwania.
Tradycyjnie całość składała się z trzech dni, czyli piątkowej finałowej rundy SEC, sobotniego flat tracka i Zlatej Stuhy oraz dania głównego, czyli niedzielnej Zlatej Prilby.
SEC jest najsłabszym elementem całości. Tym razem miały być emocje związane z wyrównaną stawką walczącą o tytuł, ale – powiedzmy sobie szczerze – nie ma tu wielkiego prestiżu. Większość żużlowców z czołówki SEC miała już zapewniony awans do przyszłorocznego cyklu SGP, więc główna nagroda za zwycięstwo w Mistrzostwach Europy nie była już marzeniem większości stawki. Najbardziej zainteresowanym był Maciej Janowski i on rzeczywiście te zawody wygrał. Ja potraktowałem piątkowe zawody jako kolejną okazję do zrobienia kilku zdjęć svitkovskiego stadionu na tle zachodzącego słońca.
Po zawodach odwiedziliśmy restaurację w dawnym pardubickim browarze, gdzie warzono słynny porter.
Sobota była okazją do odwiedzenia galerii handlowej Palác Pardubice, gdzie dawni triumfatorzy Zlatej Prilby podpisywali specjalnie przygotowane zdjęcia. Potem spacer po pardubickiej starówce oraz terenie najstarszego renesansowego zamku w Czechach. W mieście główna ulica była przygotowana na metę pierwszego w historii płaskiego etapu L’Étape Czech Republic by Tour de France – wyścigu kolarskiego dla amatorów.
Po zwiedzaniu udaliśmy się na stadion, gdzie trwały przygotowania do ostatniej europejskiej rundy FIM Flat Track World Championship. Wśród uczestników byli m.in.: Bartosz Tymoszuk, którego poznałem podczas Flat Track Camp w Rawiczu oraz byli żużlowcy – Conny Ivarsson (w 1991 roku był zawodnikiem Morawskiego Zielona Góra) i Ashton Boughen. Pierwszy wyścig trwał strasznie długo ze względu na dwie powtórki. Przebieg pierwszej imprezy spowodował opóźnienie drugiej. Całość zresztą przedłużyła się na tyle, że Zlata Stuha miała ponad pół godziny spóźnienia i kończyła się przy sztucznym oświetleniu. Ale nie można było narzekać. Zawody były ciekawe. Wystąpili zawodnicy z 9 krajów, co jest niewątpliwie osiągnięciem w tej kategorii wiekowej.
Wygrał murowany faworyt, czyli Maksymilian Pawełczak, ale musiał w finale powalczyć z duńskim rywalem Nicolaiem Heiselbergiem.
Trochę więcej spodziewałem się po całej grupie utalentowanych Niemców. Ostatecznie najlepiej z nich pojechał Patrik Hyjek, który – jako jedyny – nie miał kontraktu w polskiej lidze.
W niedzielę na trybunach pojawiło się bardzo dużo kibiców. Cieszy na pewno, że w tym niewątpliwym święcie speedwaya uczestniczy coraz więcej kibiców z Polski.
Turniej był najlepszą Zlatą Prilbą od wielu lat. Na starcie zabrakło co prawda topowych gwiazd SGP, ale gospodarze zebrali solidną i dość wyrównaną stawkę, co – jak wiadomo – jest najlepszym przepisem na dobre ściganie. Tor pozwalał na walkę, a żużlowcy chętnie z tego skorzystali.
Ucieszył mnie szczególnie awans do ćwierćfinałów Węgra Zoltana Lovasa oraz Austriaka Sebastiana Kösslera. Tam obaj zakończyli swój udział, ale podjęli walkę. Słabo rozpoczęli udział Jason Doyle oraz Andrzej Lebiediew, jednak z biegiem czasu jechali coraz lepiej i awansowali do finału.
W pierwszym swoim wyścigu ćwierćfinałowym piękną akcją popisał się Maksymilian Pawełczak, który przy wyjściu z drugiego łuku wjechał między dwóch rywali, przedzierając się w ten sposób na prowadzenie. Potem było już gorzej, ale ta akcja była przednia.
Zaskoczyłem się, że od eliminacji rozpoczął udział Jan Kvech. Jechał jednak skutecznie i atrakcyjnie dla oka, docierając do finału. Tam atakował z trzeciej pozycji, wyprzedzając najpierw Kaia Huckenbecka, a następnie Andrzeja Lebiediewa. Łotysz po raz kolejny był bliski triumfu i po raz kolejny nie zdobył Złotego Kasku Miasta Pardubic. Za to popularny Honza cieszył się tak spontanicznie, że nikt nie mógł wątpliwości, czy ten triumf był dla niego ważny. Coś pięknego.
Świetny wyjazd. Trzy w dobrym towarzystwie. Czego chcieć więcej?
































