Strona głównaMoim zdaniemMoje zdanie o... wszystkim po trochu

Moje zdanie o… wszystkim po trochu

Wracam do formatu rozmów z ciekawym człowiekiem, czyli… ze sobą 🙂

—————————-

Dawno nie rozmawialiśmy…

Tak jakoś wyszło. Nie było czasu, ciągle w pędzie.

Słyszałeś, że Ekstraliga ma nowe pomysły?

Coś mi się obiło o uszy i o… oczy. Kolejna zmiana w regulaminie, dotycząca rezerwowego, jeśli dobrze kojarzę.

Co o tym sądzisz?

Jeśli w profesjonalnie zarządzanej firmie co roku trzeba zmieniać regulamin, to znaczy, że właściwie nie ma tam żadnych zasad. Może zamiast regulaminu Ekstraliga potrzebuje kodeksu wartości?

Próba zapewnienia przywilejów określonym grupom wiekowym najwyraźniej wychodzi bokiem, bo najczęściej wypuszczenie tych ludzi do dorosłego świata powoduje zakończenie kariery, czyli pomysł burzy zamiast budować. Za mały jest dopływ świeżej krwi, bo młodzi żużlowcy bardzo często kończą przygodę ze speedwayem jeszcze w wieku juniora. Kluby utrzymują młodych żużlowców wyłącznie w celu spełnienia wymogów, najczęściej nie dbając o ich rozwój. Obawiam się, że jakakolwiek zmiana zasad, dotycząca juniorów, wymaga co najmniej 5-7 lat, żeby sprawdzić, czy przepis daje pozytywny efekty. U nas wyciąga się wnioski po 1-2 sezonach i to niemal wyłącznie na podstawie doświadczeń ligowych.

Przepisy dotyczące startu żużlowców do 21 lat weszły w życie w 1983 roku, a wcześniej juniorami byli żużlowcy do 23, a nawet 25 roku życia. W różnym kształcie, ale te zasady młodzieżowe w meczach ligowych zostały przyjęte i jakoś działają. Wygląda jednak na to, że dodatkowy zawodnik U24 jest rozwiązaniem tak nieprzemyślanym, że powoli rozwala przepisy. Co z tego, że jest obowiązek jego startów, skoro można zastąpić go regularnym seniorem startującym jako rezerwa taktyczna? W efekcie liczba tych zawodników zmniejsza się, zamiast rosnąć.

Warunki regulaminowe zostały strasznie zamieszane. Nie przewidziano konsekwencji, które teraz próbuje się zmienić kolejną modyfikacją regulaminu. Wiadomo, że Polak-junior na pozycji 8/16 będzie właściwie z definicji kevlarem. Czyli kolejna sztuka. To tylko przesunięcie zawodnika-widmo poza główny skład. Absurd.

Co innego można zaproponować?

Przede wszystkim brakuje wspólnego frontu klubów i Ekstraligi. Prezes W. Stępniewski powiedział (tak można przeczytać na SF), że kluby działają w perspektywie co najwyżej dwóch kolejnych niedziel. Zgadzam się. Od dłuższego czasu powtarzam, że działacze klubowi i kibice są największymi hamulcowymi polskiego żużla, bo widzą tylko interes swojej drużyny. Prezes dodał jednak, że dla Ekstraligi liczy się interes dyscypliny. I tutaj mocno się uśmiechnąłem, bo mam wrażenie, że dyscyplina w kontekście jego wypowiedzi ograniczona jest do interesów Ekstraligi. Nie zauważyłem nigdzie żadnego pozytywnego wpływu zmian wprowadzanych przez Ekstraligę. Działanie Ekstraligi od wielu lat jest wręcz uderzeniem w żużel jako dyscyplinę poprzez podnoszenie kosztów i ograniczanie lub straszenie ograniczaniem startów żużlowców w ligach poza Polską.

Ale to dotyczy przecież tylko żużlowców mających kontrakty w polskich ligach. Nikt nie karze im takich kontraktów podpisywać.

Oczywiście, ale jeśli ktoś chce startować na dobrym poziomie w walce o tytuł IMŚ, to nie może pozwolić sobie na odpuszczenie startów w Polsce ze względu na pieniądze. Paradoks polega na tym, że prezes chce mieć u siebie najlepszych żużlowców, a jednocześnie Ekstraliga robi bardzo wiele, żeby jak najszybciej osłabiać ligi, które ich wychowują.

Czy można dziwić się prezesowi? Chce jak najatrakcyjniejszych spotkań, żeby przyciągnąć ludzi przed ekrany.

Naprawdę uważasz, że jeśli będziemy mieli najlepszych i najdroższych żużlowców na świecie, to będziemy mieli superatrakcyjne widowiska? To jest argument, który może przemówić do ludzi przypadkowych. Każdy doświadczony kibic wie, że atrakcyjne ściganie będzie wówczas, gdy pod taśmą stają żużlowcy o podobnym potencjale, niekoniecznie wielcy mistrzowie.

Czyli jednak KSM?

KSM w angielskiej wersji, czyli CMA, ma już ponad 60 lat. Wprowadzany był w określonych okolicznościach i z określonych powodów. Fajnie byłoby to zebrać w osobnym artykule, bo temat jest bardzo ciekawy.

Zamysłem KSM jest wyrównanie poziomu drużyn i rozpatrywanie ich w kontekście atrakcyjności ligi jako całości, a nie jako osobne byty. Tu nawet nie chodziło o telewizję, ale o stworzenie ciekawych rozgrywek. Czyli inaczej rzecz ujmując: masz grupę zawodników, którzy chcą jeździć i jest im w zasadzie obojętne, którą drużynę będą reprezentować. Wtedy ich dzielisz na drużyny, mające mniej więcej równy potencjał.

Dlaczego w Polsce KSM nie działał właściwie? U nas kibice dużo bardziej utożsamiali się z żużlowcami, więc ciężko przyjmowali zmiany. Teraz, gdy większość żużlowców ma na koncie jazdę w barwach większości klubów, być może łatwiej by to przeszło. Inny problem polega na tym, że współczynniki są wyznaczane na podstawie wyników z poprzedniego sezonu, więc dalej ciężko jest wyeliminować mecze do jednej bramki. W polskim przypadku był jeszcze jeden problem: nie zmniejszono kwot krążących w naszym speedwayu, co spowodowało, że całość kosztowała jeszcze więcej, bo w cenie byli zawodnicy przeciętni, którzy mieścili się w limicie. A to już mocno wpływało na obniżenie jakości meczów.

Dla mnie wprowadzenie wyłącznie suchego współczynnika jest sztucznym rozwiązaniem. Wymaga to dodatkowych ograniczeń dotyczących wysokości kwot na przygotowanie do sezonu i wypłat za punkt, a i tak ciężko jest całość wyregulować. System wspierający przeciętność porównam do innej rzeczywistości. Wyobraź sobie szkołę i klasę twojego dziecka. Nauczycielka świetnie pracowała, dzieciaki i rodzice zaangażowali się i wspólnie stworzyli atmosferę i wyniki. I nagle okazuje się, że klasa jest za mocna wg ustaleń ministerstwa, więc nauczycielka musi oddać połowę uczniów i wziąć połowę słabych z innych klas. Zgodzisz się na to jako rodzic? To jest równanie w dół. To jest dobre na okres przetrwania, ale zdecydowanie blokuje rozwój.

No nie, szkoła, to inna sprawa.

Dlaczego inna? Masz wyniki uczniów/zawodników i nie możesz stworzyć klasy, w której średnia ocen przekracza np. 4,35 na jednego ucznia. Przecież to jest dokładnie to samo.

Jest jakieś wyjście?

Problem polega na tym, że Ekstraliga, jak niemal wszystkie instytucje czerpiące zysk z praw do transmisji telewizyjnych, stała się zakładnikiem telewizji. A ponieważ działa na zlecenie PZM, więc de facto cały polski żużel jest uzależniony.

Żużel jest bardzo prostym sportem: czterech staje pod taśmą, jadą cztery okrążenia i pierwszy na mecie wygrywa. Telewizja nie ma tutaj niczego specjalnego do roboty poza samą transmisję, więc trzeba to… skomplikować. Najlepiej dorabiając ideologię o sprawiedliwości.

Żużel jest niszą, więc weźmy lepszy przykład, czyli piłkę nożną. Czy byłaby instytucja VAR, gdyby nie telewizja? Nie. Ja rozumiem sprawiedliwość, ale spalony z powodu stopy zawodnika atakującego, będącej o 2 cm przed stopą obrońcy, to jest absurd. Nikt nie jest w stanie tego gołym okiem sprawdzić. Jeśli siedzisz przed telewizorem, to oceniasz, masz 20 powtórek i wydaje ci się, że to ty podejmujesz decyzję. Mecz staje się telenowelą, w której oceniasz postawę bohaterów. Zupełnie inną sprawą jest to, że sędziowie stają się mniej uważni niż kiedyś. To wszystko sprawia, że za kilka czy kilkanaście lat nowe pokolenia nie będą znały futbolu bez telewizji.

Siedząc na stadionie żyjesz meczem. Przez VAR zamiast śledzić grę, czekasz. Jeśli masz akcję, to ona realnie dzieje się w ułamku sekundy. Siedząc na stadionie jesteś w stanie ocenić kunszt zawodników, bo masz obraz całości, a w telewizji widzisz tylko kawałek, na który nie masz wpływu. Co więcej, masz komentatora, który siedząc na stadionie patrzy w ekran.

Podobnie jest w żużlu. Telewizja musi siłą rzeczy skupić się na niekoniecznie najważniejszych szczegółach, przez co powoduje przerwy w meczu. Coś takiego jak mikroruchy, które widać w zasadzie tylko w telewizji, nigdy nie byłoby problemem, gdyby telewizja nie płaciła tak dużo (jak na niszowy żużel) za prawa do transmisji. Chodzi o to, żeby kibic telewizyjny widział i wiedział więcej niż kibic stadionowy.

Ale przecież w dzisiejszym świecie nie możesz uciekać od mediów. Nie poinformujesz ludzi o tym co robisz, bez telewizji czy Internetu.

Jakiś czas temu stwierdziłem, że właściwie nie ma wielkich szans na zwiększenie zainteresowania żużlem. Canal+ zapłacił jednak ogromne pieniądze za prawa do transmisji i mam wrażenie, że próbuje kierować żużlową ofertę do ludzi, których ten sport niespecjalnie interesuje. Odnoszę wrażenie, że oferta jest wręcz kierowana do ludzi przypadkowych, bo niespecjalnie jest pomysł na poszerzenie kręgu odbiorców. Nie jesteś w stanie wytłumaczyć człowiekowi z zewnątrz zawiłości regulaminów dotyczących zmian w Ekstralidze, a kibic telewizyjny raczej będzie żądał prostoty przekazu, bo inaczej zmieni kanał. Przegadane transmisje, a brakuje tam często podstawowych odniesień do regulaminu.

Inna kwestia jest taka, że ani piłka nożna, ani żużel, to nie są sporty elit. To historycznie są rozrywki dzielnic lub miast robotniczych, sporty ludzi pracujących. Żużel w Anglii był stosunkowo łatwo dostępną i tanią rozrywką właśnie dzielnic robotniczych i dlatego był popularny. Kryzys speedwaya w dużej mierze wynika z tego, że pod koniec lat 70-tych w Anglii były zmiany społeczne i – upraszczając kwestię – nowe pokolenie odrzuciło świat swoich rodziców, bo ten świat de facto przestawał istnieć.

Żużel nigdy nie będzie sportem elit, dlatego jest tak podatny na wpływ zmian narzucanych przez telewizję, gdy ta rzuci dużymi kwotami. I choćby budżety polskich klubów były na poziomie 200 mln zł, to nadal będzie to sport uważany za prowicjonalny.

Wyobrażasz sobie rewolucję w golfie, snookerze, albo w tenisie? Reguły tenisa, choć nie jest to nic skomplikowanego, są nie do przeskoczenia dla przeciętnego oglądacza. Jednocześnie nikt nie ma problemu z tym, że mecz może trwać 50 minut, ale równie dobrze może trwać 3 godziny. Elity się nie spieszą.

Ale zamieszałeś. To co można zrobić, żeby żużel wyglądał normalniej?

Co to znaczy normalniej? Wg której normy patrzysz? Szukasz prostej odpowiedzi, a tej niestety nie ma. Jeszcze raz. Chcesz jak najwięcej żużla w żużlu, bez przeszkadzajek? To zwyczajnie się nie sprzeda. A jeśli chcesz, żeby w żużlu były duże pieniądze, a zawodnicy mieli milionowe kontrakty, to jedyną formą są telewizyjne prawa do transmisji, czyli zgoda na to, żeby warunki ustalali oglądacze, których ten sport de facto niekoniecznie musi interesować. Ciężko jest znaleźć coś pośrodku.

Ale w Polsce mimo wszystko jakoś ludzie zawsze wypełniali stadiony.

Żużel w tych naszych dwudziestu kilku miastach średniej wielkości był czymś w rodzaju religii. Jak wyjedziesz poza Polskę, to nigdzie żużel nie wygląda tak jak u nas. Katolicyzm też nie wygląda tak jak u nas, ale to inny temat. Żyłem przez wiele lat w obu bańkach i w obu przypadkach przeżyłem szok, kiedy zobaczyłem różnicę. I w obu przypadkach są u nas struktury, którym zależy na tym, żeby ludzie nie szukali. Na ten temat mógłbym całą książkę napisać i to nie jest przenośnia. Tyle, że mało kogo interesują doświadczenia zwykłego człowieka. To nie jest spektakularne.

Żyjąc w środku bardzo ciężko jest dostrzec absurdy, bo z tamtej perspektywy wszystko wydaje się spójne. Dopiero kiedy wyłączysz cały mechanizm propagandowy i spojrzysz na tę bańkę z zewnątrz, jesteś w stanie zobaczyć zupełnie inny świat. Jeśli odrzucisz wszystko, co nie jest konieczne i staniesz poza całą tą polską żużlową bańką, to dopiero wtedy możesz dostrzec, strukturę zatrzymania kibica w obrębie naszej ligi. Niby chodzi o to, żeby spośród czterech gości stających pod taśmą i mających takie same szanse, jeden okazał się najlepszy, a w rzeczywistości to ściganie ginie w gąszczu różnego rodzaju interesów, polityki, pieniędzy, czyli tego wszystkiego, co działa nie dla kibiców, ale dzięki ich obecności na trybunach. Lokalni politycy nie mogą sobie pozwolić na upadek klubu żużlowego, więc pomagają, albo nakłaniają innych do pomocy, że tak do ujmę. Myślę, że znalazłoby się wiele przykładów, gdy to właśnie temat lokalnego klubu żużlowego decydował o wyniku wyborów samorządowych lub lokalnie o wynikach wyborów do parlamentu. W każdym razie w Zielonej Górze mamy w tym temacie wiele doświadczeń.

Ale wróćmy do sedna problemu. Co zrobić, żeby ten polski żużel był normalniejszy?

W tym układzie, który jest? Niewiele jest na to szans.

Nie wierzę. Nie przekonałeś mnie.

Doszliśmy do absurdalnie wysokiego poziomu pieniędzy w polskim żużlu. Do sytuacji, w której budżety klubów wzrosły ogromnie, a jednocześnie szansa na kolejny tak wysoki kontrakt telewizyjny jest coraz mniej realna. Nie wiadomo jak zachowają się samorządy, ale nie wykluczam, że też będą obniżać swoją pomoc, bo żużel traci wpływ na wyniki wyborów samorządowych. Taka jest według mnie perspektywa. Nie wiem jak się to zakończy, ale siedzimy w tej chwili na absurdalnie wysokim koniu.

Ale mimo wszystko, gdybyś miał nawet wbrew sobie dawać jakieś pomysły?

Nie ma prostej recepty. Choćbyś wydał wielkie pieniądze, to nie zbudujesz popularności żużla poza ośrodkami, w których są kluby. To świetnie widać po Warszawie. To widać niestety także po Łodzi, Krakowie czy nawet Poznaniu, choć tam sytuacja wygląda coraz lepiej. Jeśli na mecze przychodzi ok. 0,5-0,7% mieszkańców i nawet na najważniejsze mecze nie można zapełnić stadionów mających 7 czy 10 tys. ludzi, to o czym możemy rozmawiać? Realnie mamy jakieś 17 ośrodków żyjących speedwayem i to jest baza, na której można coś budować.

Zawodnicy, nie tylko ci zagraniczni, jawnie jeżdżą w polskich ligach dla pieniędzy. Przyjeżdżają tutaj kilkanaście razy w roku, żeby za te pieniądze realizować swoje ambicje, ale już zupełnie gdzieś indziej. Nie dziwię się im. Wiesz co było dla mnie największym szokiem, gdy pierwszy raz pojechałem do Anglii na żużel? Szacunek, jaki mieli kibice dla zawodników. Tego nie kupisz za żadne pieniądze. Ci, którzy u nas są „złotówami”, tam jeżdżą za przysłowiową czapkę śliwek, na dużo trudniejszych torach.

Środowisko żużlowe w naszym kraju, również to kibicowskie, jest stosunkowo małe. To raptem – tak szacuję – 200-300 tys. ludzi. To jest 1% dorosłego społeczeństwa. Trzeba zacząć budować świadomość kibiców, a nie zamykać ich w bańce. Uczyć ich speedwaya, a nie karmić „wiadomościami” wyssanymi z palca. Na to Ekstraliga ma wpływ, bo otacza się przecież dziennikarzami różnych mediów, ale niestety często jakość dostarczanych informacji na poziomie bruku. I tu jest podstawowy problem. Prezes Ekstraligi oczekuje świadomości ludzi, którzy karmieni są medialnym gównem.

Druga sprawa: szacunek dla zawodników. Jeśli oni będą naprawdę chcieli tutaj przyjeżdżać, to ceny spadną. Teraz mamy walkę, bo zawodnicy są używani do tego, żeby ktoś na nich zarabiał, więc sami chcą też na tym zarabiać.

Jeśli to jest podstawa, to rzeczywiście szanse są zerowe.

Wg mnie należy uprościć regulaminy, zrezygnować z niektórych przywilejów w składach, a jednocześnie zachęcać kibiców do życia rozgrywkami juniorskim, bo tam jadą wychowankowie, czyli ludzie stąd. Budowanie zainteresowania dyscypliną od podstaw.

A jeśli chodzi o zagraniczne gwiazdy, to płacić im ryczałt zamiast punktów. Dużo łatwiej jest przewidzieć koszty funkcjonowania klubu, a po dwóch latach nawet ci oporniejsi działacze będą mniej skłonni do obiecywani gruszek na wierzbie.

Kolejna kwestia – budowanie roli menadżera. To jest najważniejszy człowiek, to on jest dowódcą. To on ma decydować, a nie kontrakt między zawodnikiem a prezesem.

Utopia.

Poprzedni artykuł
POWIĄZANE ARTYKUŁY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Informacje

IM Niemiec: 3. runda

W rozgrywanym 3 lipca w Güstrow 3. finale IM Niemiec zwyciężył Valentin Grobauer przez Tylerem Hauptem oraz Kaiem Huckenbeckiem. Cieszę się bardzo, że w tak...

2. runda Indywidualnych Mistrzostw Ukrainy

7 czerwca o godz. 15:00 (czasu lokalnego) na torze w Równem rozpocznie się 2. runda Indywidualnych Mistrzostw Ukrainy. Zapowiedziany jest udział zawodników z innych krajów. W...

Bartosz Tymoszuk z dziką kartą

Wielka sprawa dla polskiego Flat Tracku. Bartosz Tymoszuk został wyróżniony przez organizatorów cyklu FIM Flat Track World Championship dziką kartą na zawody, które zostaną...

Weekend Pięćdziesiątnicy w Niemczech

W przyszłą niedzielę (24 maja) przypada święto Pięćdziesiątnicy, czyli 50 dzień po Wielkanocy. W Polsce mamy Zesłanie Ducha Św. lub ludowe Zielone Świątki. W...