Artykuł rozpocznę od tego, że nie planowałem wyjazdu do Włoch na finał eliminacji do przyszłorocznego cyklu SGP. Tak się jednak złożyło, że byliśmy z rodziną na wakacjach w Słowenii, a z okolic jeziora Bled do Terenzano jest tylko 140 km. Żal było nie skorzystać.
Nie spodziewałem się wiele po tych zawodach, bo tor w regionie Friuli nie kojarzył mi jakoś specjalnie z emocjami. Długi, twardy, z jasną nawierzchnią. W rzeczywistości owal ma 383 metry długości, więc nie jest to jakieś rekordowe osiągnięcie. Proste są bardzo wąskie w porównaniu z łukami, trochę podobnie jak w Lonigo, i to optycznie sprawia, że ten obiekt wydaje się większy niż jest w rzeczywistości. Odwiedziłem to miejsce w 2024 roku, przy okazji wspólnego powrotu z Lonigo. Wtedy zauważyłem coś, czego w telewizji nie dostrzegłem, czyli alpejskiego tła tego obiektu.
Bilety na GP Challenge można było kupić online, a na miejscu konieczna była wymieniana na opaskę, dzięki której możliwe było wyjście z obiektu i powrót. Do wejściówki dołączony był gratisowy program zawodów. Bilety na trybuny siedzące był na miejsca numerowane. Organizatorzy przygotowali spory parking, na którym było bardzo dużo miejsca. Jeszcze przed wejściem na stadion spotkałem kilku znajomych, więc można było trochę porozmawiać.
Wcześniej sobotę spędzałem z rodziną nad jeziorem Bled. Wróciliśmy do naszego domku ok. godz. 15:00, spakowałem się i pojechałem do Włoch. Kiedy dotarłem do Terenzano byłem już trochę głodny. Okazało się, że na miejscu można kupić kulki z mozarelli, pieczone ziemniaki, nugettsy z kurczaka, a nawet… kalmary. Jedzenie było naprawdę smaczne.
Dodam jeszcze, że po drodze widać było sporo chmur i zacząłem obawiać się o to, jak będzie wyglądała pogoda podczas zawodów. Moje obawy były niepotrzebne. Okazało się, że tor jeszcze przed zawodami był bardzo mocno nasączony wodą i bardzo mocno podrapany. To oczywiście zasługa Phila Morrisa, dzięki któremu kibice mogli zobaczyć tutaj naprawdę ciekawe ściganie.
Jeszcze przed zawodami zawodnicy wyszli na obchód toru. Jedni po prostu szli, inni trochę nerwowo sprawdzali twardość śrubokrętem, a Paco Castagna w swoim stylu pozdrawiam publiczność. Włoscy kibice przygotowali się do wspierania swojego zawodnika. Na trybunie na przeciwległej prostej były całe kartony trąbek na sprężone powietrze, które robiły niesamowicie dużo hałasu, na nieszczęście innych fanów zasiadających w tym miejscu.
Jako ciekawostkę dodam, że bardzo dziwnie wyglądało wchodzenie na stadion. W jednym miejscu była kontrola i odkręcanie nakrętek od butelek, w innym miejscu nie było żadnej kontroli, a w jeszcze jednym miejscu okazało się, że nie można wchodzić z aparatem. Stwierdziłem, że zostawię aparat w samochodzie i po prostu pooglądam zawody, a kilka zdjęć zrobię smartfonem.
Potem była prezentacja. Każdy z żużlowców został przewieziony motocyklem pod trybunę główną. Tam odegrano hymn włoski i przedstawiono uczestników turnieju. Najgłośniej było oczywiście przy nazwisku zawodnika z nr 5. Paco w swój charakterystyczny sposób podziękował kibicom za doping.
Już w pierwszym biegu, jak z katapulty wystrzelił Chris Harris i można było domyślać się, że pierwsze pole startowe zostało przygotowane inaczej niż pozostałe, bo w drugim wyścigu jechał z niego Paco Castagna. Włoch również wystrzelił ze startu, ale nie dowiózł zwycięstwa do mety przez swój specyficzny sposób jazdy i uporczywe trzymanie się krawężnika.
Cuda działy się podczas równania toru po pierwszej serii. Phil Morris stał na torze obok parkingu i nakazywał drapanie nawierzchni na łukach. Przy okazji traktor podrapał także start, ale… tylko na wewnętrznych polach. W piątym biegu z pola C miał jechać wiadomo kto.
Tutaj warto zaznaczyć, że mający komplet punktów po ośmiu biegach Rohan Tungate, wygrał dwukrotnie jadąc z najgorszych pól startowych, co już stawiało go w gronie faworytów do awansu. Australijczyk pięknie przygotowywał ataki i wykorzystywał prędkość, wyprzedzając w końcu swojego rywala. Dynamicznie jechał Robert Lambert, również mijając rywali na dystansie. Aż ręce składały się same do oklasków.
Każde równanie wyglądało inaczej, ale ściganie było. Od 12 biegu już praktycznie w ogóle nie ściągano nawierzchni z jakichś 40% łuku, więc można było tam nabierać sporych prędkości. W 13, biegu świetną walkę stoczyli Chris Harris i Michael Jepsen Jensen. Ostatecznie Duńczyk okazał się skuteczniejszy.
I nadszedł 14. wyścig i koszmarny wypadek Kaia Huckenbecka. Głuchy dźwięk uderzenia Niemca w dmuchaną bandę aż mnie zmroził. Został on wykluczony z tego biegu, ale moim zdaniem wina Kaia nie była tutaj stuprocentowa. Z mojego punktu obserwacji Kacper Woryna dużo wcześniej niż można był zakładać zaczął ścinać do krawężnika. Znalazłem film na YT z tego zdarzenia. Nie podważam decyzji arbitra, a jedynie uważam, że Kacper miał tutaj również jakiś udział.
Ja nagrałem inny filmik, z 18. biegu, w którym startowali prawie wszyscy najlepsi zawodnicy turnieju. Tutaj również było ostro w pierwszym i znów był to Kacper Woryna. Wiem, że w tych zawodach nie chodziło o finezję. Celem był awans, a Kacper miał najwięcej determinacji. Nie zmienia to jednak mojej oceny, że wielu uczestników oglądało się z dużo większą przyjemnością.
Ostatecznie awans uzyskali Robert Lambert, Rohan Tungate, Kacoer Woryna oraz Kim Nilsson. 10 punktów wystarczyło do zajęcia czwartego miejsca, co świadczy o wyrównanym poziomie zawodów. Dodam jeszcze, że choć barzdo cenię Szweda, to powinien być on wg mnie wykluczony w swoim pierwszym starcie za podcięcie Frederika Jakobsena w pierwszym łuku. Sędzia jednak zdecydował inaczej. Zarówno Kim, jak i Kacper bardzo chcieli awansować i cel osiągnęli. Pecha miał Maciej Janowski, który mając szanse na skuteczny atak i zdobycie również 10 punktów, zanotował defekt.
Na koniec jeszcze kilka zdjęć samego obiektu. Gdzieś w oddali zachodziło słońce podczas pierwszej serii wyścigów. I Alpy w tle za drugim łukiem.
Fajny wyjazd.
































