Tai Woffinden ogłosił koniec swojej wielkiej kariery. To co mogę zrobić, jako zwyczajny kibic i pasjonat speedwaya, to powiedzieć zwyczajne „Dziękuję”.
Przejrzałem moje zdjęcia. Ostatni raz widziałem Taia Woffindena na torze 31 marca 2019 roku, podczas Memoriału Tomasza Jędrzejaka we Wrocławiu. Znalazłem zdjęcia z 2010 roku, gdy startował jeszcze w barwach częstochowskich „Lwów” oraz zdjęcia z czasów wrocławskich, w tym mecz Sparty w Gdańsku z 2012 roku.
Zawsze jest ciężko, gdy koniec kariery ogłasza człowiek, który stworzył coś wielkiego w speedwayu. Powrót na tor po ubiegłorocznym wypadku w Krośnie nie było już pozytywnym szaleństwem. To było igraniem z przeznaczeniem. Ale przecież właśnie za to kibice kochają swoich żużlowych idoli. Za ten błysk w oku i to coś, co trudno jest opisać słowami.
Tai jest trzykrotnym indywidualnym mistrzem świata i tego nikt mu nie odbierze. Stworzył coś wielkiego w jednym z najniebezpieczniejszych sportów na świecie. Chciał jeździć dalej, ale to przeznaczenie, które przez tyle lat oszukiwał w końcu postawiło na swoim. Ma swoją pasję, ma dla kogo żyć. Myślę, że jest szczęśliwym człowiekiem.















