W drugiej części można od razu przejść do współpracy Ekstraligi Żużlowej najpierw z nc+, a następnie z Canal+. Kolejne kontrakty ogłaszane były jako sukces spółki zarządzającej rozgrywkami, bo finansowo rzeczywiście takimi sukcesami były. Pierwsza umowa na lata 2013 – 2015 miała wartość 8 mln zł, kolejna 25 mln zł (2016 – 2018), kolejna 60 mln zł (2019 – 2021). Potem nastąpiło istne szaleństwo. 242 mln zł za cztery lata (2022 – 2025) oraz jeszcze wyższa w przeliczeniu na jeden sezon 214,5 mln zł (2026 – 2028). Problem w tym, że na razie żadna z nich nie przełożyła się na pełną stabilność finansową klubów. Wciąż nie potrafią one uniezależnić się od wsparcia samorządów, a mimo nadal zdarzają się prezesi oferujący coraz wyższe kontrakty.
Zaznaczam, że to co piszę dalej jest moją subiektywną opinią, częściowo opartą na moich doświadczeniach, które nie muszą być reprezentatywne dla ogółu kibiców.
Można dodać, że od 2019 roku wszystkie mecze Ekstraligi transmitowane są na żywo. Również od tego samego roku Canal+ dzielił transmisje z Eleven Sports. Ta współpraca trwała do zakończenia sezonu 2025, kiedy to okazało się, że speedway przestał być dla Eleven Sports produktem wartym poświęcania czasu antenowego. To był pierwszy wielki sygnał, że prawdopodobnie ligowy żużel doszedł finansowo do sufitu, choć wg mnie znacznie ten sufit swoich możliwości przekroczył, czyli jest zwyczajnie przepłacony. Nie znam oczywiście wszystkich pomysłów Ekstraligi Żużlowej, więc moja pisanina może być daleka od rzeczywistości. Niemniej jednak zamieszanie jest na tyle znaczące, że na niespełna dwa miesiące przed startem tegorocznych rozgrywek nadal nie wiadomo w jaki sposób będą rozłożone transmisje telewizyjne, a przez to kibice nie znają dokładnego kalendarza. Coś takiego nie zdarzyło się jeszcze w historii Ekstraligi.
Ze strony części kibiców, czyli środowiska, które powinno napędzać przychody telewizji, słychać coraz wyraźniejszy sprzeciw przeciwko zawłaszczaniu ligowego żużla przez Canal+. Póki co nie widzę reakcji ze strony EŻ, co słabo wygląda i chyba niezbyt dobrze wróży na przyszłość jej współpracy z telewizją. Ja jako potencjalny klient Canal+ powinienem być ważny także dla EŻ, ale z przyczyn zupełnie dla mnie niezrozumiałych – nie jestem. Mam aktualnie wykupiony abonament Canal+ Online, bo mój Syn jest fanem angielskiego futbolu, ale po zakończeniu rozgrywek Premiership zamierzam zrobić przerwę. Nie chcę płacić za mecze PGE Ekstraligi, bo ten produkt nie jest skierowany do mnie. Dla wielu ludzi może brzmieć to idiotycznie – twierdzę, że jestem kibicem żużla, a nie jestem zainteresowany oglądaniem speedwaya? Dokładnie tak jest i nikt nie bierze pod uwagę opinii ludzi takich jak ja – zakorzenionych w tym sporcie, ale mających dość krzyczących komentatorów, idiotycznego pokazywania kompletnie nieistotnych szczegółów technicznych, wywiadów, które niczego nie wnoszą i opinii ekspertów, zbyt często nie mających niczego sensownego do powiedzenia lub nie mogących powiedzieć tego, co naprawdę uważają.
Tutaj należy się pewne wyjaśnienie tego, jak ja widzę zależności pomiędzy podmiotem oferującym produkt (Ekstraliga Żużlowa) a podmiotem, który za ten produkt płaci naprawdę duże pieniądze, wg mnie znacząco przekraczające wartość tegoż produktu. Dziwię się postępowaniu EŻ, bo przecież tam naprawdę są ludzie, którzy wiedzą o co w tym biznesie chodzi. Z mojego punktu widzenia wygląda na to, że sprzedano prawa telewizji Canal+, gdzie najwyraźniej nie ma ludzi znających specyfikę speedwaya i stosujących metody znane jeszcze z Wizja TV, połączone ze sposobami i pomysłami działającymi np. w piłce nożnej. Tyle, że piłka nożna obecna jest w niemal każdej gminie i nie trzeba ludziom tłumaczyć podstawowych zasad. Żużel ograniczony jest do kilkunastu znaczących lokalizacji. Brakuje mi w relacjach pewne znajomości środowiska jakiejś podstawy merytorycznej, o którą powinna zadbać EŻ.
A przecież żużel jest bardzo prostym sportem – pierwszy na mecie wygrywa i zdobywa 3 punkty, drugi 2,, trzeci 1, a czwarty nie ma punktów. W przypadku ligi sumujemy punkty zawodników poszczególnych drużyn i mamy wynik meczu. To jest podstawa. Potem mogą dojść kwestie rezerw zwykłych i taktycznych i właściwie wiele więcej nie trzeba. Ten prosty sport skomplikowano tak straszliwie dziesiątkami stron regulaminu, że gubią się w nim nawet ci, którzy go napisali. Już nawet nie wspominam o interpretacji sytuacji torowych, bo tam główny oceniający sam nie potrafi zachować spójności. Po co?
Tak jak na napisałem pod koniec pierwszej części, żużel jest sportem zakorzenionym lokalnie, natomiast próbuje się go sprzedawać przypadkowemu odbiorcy, który nie ma pojęcia o podstawowych zasadach. Tłucze mu się na siłę kwestie przełożeń, opon, zapłonów. Zamiast bazować na korzeniach, zaczyna się te korzenie wycinać, nie szanując podstawy, czyli kibiców przychodzących na trybuny. Kibice na stadionach zostali sprowadzeni do roli telewizyjnego tła i na tym ich rola się kończy. Mają jedynie podnieść atrakcyjność produktu telewizyjnego. To jest straszna rzecz i nie potrafię wytłumaczyć takiego sposobu postępowania przede wszystkim przez EŻ. Rozumiem, że współpraca z kibicami nie jest łatwa, bo samo środowisko kibicowskie jest bardzo odporne na zmiany. Wg mnie zadaniem długoterminowym jest podnoszenie ich świadomości, a nie traktowanie jak zło konieczne i zamykanie w mentalnych czterech ścianach pilnowanych przez media.
Jeśli podcina się korzenie, jeśli próbuje się sprzedać produkt ludziom, których on nie interesuje, to powinno się interpretację upraszczać, a nie komplikować. Na chwilę obecną, żeby zrozumieć reguły działające w żużlu trzeba powoli skończyć jakieś kursy, które obowiązują do kolejnej zmiany przepisów. A przecież to jest sport, gdzie – powtórzę to jeszcze raz – pierwszy na mecie wygrywa. Co może być prostszego? Czy naprawdę trzeba na siłę udowadniać potrzebę sprawdzania niemal każdej najmniejszej wątpliwości w powtórkach telewizyjnych? Przecież to nie zachęca do oglądania. Podobnie zresztą jak pokazywanie szczegółów technicznych. Wyobraża sobie ktoś wchodzenie do szatni piłkarskiej w trakcie przerwy i pokazywanie różnic w korkach? Dla mnie to jest absurd.
Tak jak napisałem, w mojej ocenie Canal+ do dziś generalnie powtarza formę wymyśloną ćwierć wieku temu, gdy wejście z kamerą do parkingu było przełomem w dostępie kibiców do tajemnic środowiska żużlowego. Poza tym nie wymyślono niczego specjalnie konstruktywnego, czego nie było wcześniej. Podwyższono poziom techniczny relacji, ale też podniesiono koszty ogólne funkcjonowania żużla w celu dostosowania obiektów do tychże możliwości technicznych, przy okazji wprowadzając masę zupełnie niepotrzebnych wymogów, pod kątem telewizji.
Organizacyjnie ograniczono wpływ pogody poprzez odwodnienie liniowe, podniesienie łuków i stosowanie plandek. Wprowadzono komisarzy toru, dbających o jednolite przygotowanie nawierzchni. Na pewno zmniejszono w ten sposób prawdopodobieństwo odwoływania spotkań. Jest to w pewien sposób sukces organizacyjny, choć okupiony zabraniem gospodarzowi atutu własnego obiektu.
Podsumowując ten początkowy fragment, brakuje mi współpracy pomiędzy EŻ i Canal+. Z mojego punktu widzenia wygląda to tak, jakby telewizja nie znała produktu, który sprzedaje. Brakuje mi szacunku dla kibiców przychodzących na trybuny, bo oni są pierwszymi, którzy mogą kupić produkt telewizji. Doszliśmy do absurdu, gdy kibice na stadionie muszą z telewizji dowiadywać się szczegółów dotyczących stanu zdrowia zawodnika albo przyczyn przerwy.
W moim odczuciu EŻ stwierdziła, że z kibicami za wiele nie da się osiągnąć i bardziej stawia na wyznawców niż fanów. To tylko moja ocena. Tak to widzę patrząc z boku i próbując czasem wymienić parę zdań. Problem polega na tym, że kibice nie tyle nie chcą oglądać żużla w telewizji, co powoli nie chcą za niego płacić kwot, których oczekuje telewizja.
A skoro do maja zamierzam płacić za Canal+ Online, to byłbym zadowolony, gdybym mógł wyłączyć komentatorów i oglądać mecz z dźwiękami stadionu, jak oferowała to liga angielska.
—
Drugą grupą, z którą walczy EŻ są jej akcjonariusze, czyli działacze klubowi. Przyjęta metoda dokładania coraz większych kwot do budżetów klubowych buduje tylko roszczeniowy stosunek do rzeczywistości. Wygląda na to, że niezależnie ile pieniędzy da się działaczom na kontrakty, to i tak będzie za mało. Były próby ograniczania tych praktyk, ale zostały zablokowane przez UOKiK, jak się okazało niesłusznie. Widać, że system licencji nie działa prawidłowo, bo właściwie co sezon wychodzą kolejne trupy z szafy, a kluby awansujące z niższej ligi najczęściej nie są w stanie wnieść do rozgrywek niczego poza walką o utrzymanie. Zmiany polityczne i dołączenie Spółek Skarbu Państwa tak mocno podniosło oczekiwania, że nie chce mi się wierzyć w zmianę mentalną wśród najbardziej opornych działaczy. Stabilne kluby podpisują w miarę stałe kontrakty, natomiast im mniej wiarygodny jest ośrodek, tym większą kwotę musi zaproponować zawodnikom. Z tego co widzę, na jazdę w Ekstralidze przygotowanych jest 5 może 6 ośrodków, na jazdę o medale 3.
Jeśli chodzi o działaczy, nie wiem czy udało się cokolwiek osiągnąć. Być może coraz większe oczekiwania regulaminowe, wprowadzanie specjalnych stref w parkingu, specjalnych koszy na śmieci, dbanie o zieloność trawy czy jednolite boksy w parkingu mają złamać działaczy klubowych? Nie wiem.
Rozbawił mnie Art. 10, p. 18 Regulaminu Organizacyjnego Rozgrywek Ekstraligi
Przed każdym meczem cała powierzchnia parku maszyn oraz plac przy maszynie startowej muszą być posprzątane i umyte.
Do tego monitoring toru i parkingu w celu sprawdzania, czy nie są podkładane jakieś świnie. Wiem, że kontrola jest najwyższą formą zaufania, ale pamiętając z czego takie zapisy mogą wynikać, to naprawdę nie ma się czym chwalić.
Dawanie pieniędzy do ręki nie jest rozwiązaniem. To trochę tak, jakby ktoś uzależniony od alkoholu prosił o pieniądze, bo nie ma na opłatę czynszu. Być może ma nawet postanowienie, ale kiedy te pieniądze do ręki dostanie, to bardzo często wpada w jeszcze większe kłopoty. Widać zresztą, że rozdawnictwo publicznych pieniędzy spowodowało wzrost cen, a zwykli ludzie są coraz bardziej zadłużeni. Rozkręcanie spirali oczekiwań powoduje kupowanie niepotrzebnych produktów, na które ludzi nie stać, czyli zadłużanie. Korzystają na tym sprzedający produkt, ale świadomość w ten sposób nie wzrasta. To jest dokładnie obraz działaczy klubowych wobec pieniędzy otrzymywanych „z darów”.
—
Jest jeszcze jedna grupa, o której nie pisałem zbyt dużo w pierwszej części. Grupa absolutnie kluczowa, bez której nie ma całej tej zabawy. Żużlowcy. Ile by nie włożyć pieniędzy w cały system, to i tak będzie za mało. Drożeje speedway jako całość – to efekt, który znamy bardzo dobrze ze sklepowych półek.
Jeśli ogłasza się, że działacze dostaną pieniądze do ręki, to wiadomo, że większość z nich nie ma na tyle samozaparcia lub zostaje zmuszonych przez konkurencję do wzięcia udziału w tej karuzeli żądań zawodników. Spadek bywa droższy niż zadłużanie. Straszne.
Czy mam krytykować żużlowców? Mogę, bo patrzą tylko na tu i teraz. Z drugiej strony jednak pewnie większość z nas zrobiłaby na ich miejscu dokładnie to samo, bo skoro za tę samą pracą można zarobić więcej, to dlaczego z tej okazji nie skorzystać? W końcu nie wiadomo ile czasu jeszcze to potrwa. Wszystko ma oczywiście swoją cenę.
Żeby połączyć wszystkie kropki w tej mojej układance, przy całym szacunku jakim darzę żużlowców, nie mogę jej poskładać bez wniosku, że ci najlepsi są zdecydowanie bardziej po stronie EŻ niż po stronie dobra tej dyscypliny. Swoje zarobią, byleby robili wszystko bez narzekania, reklamowali sponsorów, mówili tylko polityczne poprawne treści, a poza tym siedzieli cicho. W nagrodę mogą jeździć w ściśle określonych okolicznościach dla przyjemności i ogłaszać wszem i wobec, że wszystko drożeje. Kontrolowana współpraca.
—
EŻ powstała w celu opracowania planu biznesowego, stworzenia z rozgrywek ligi żużlowej produktu i sprzedaży praw telewizyjnych w celu utrzymywania całości i rozszerzania grona odbiorców. I można powiedzieć, że tą drogą rzeczywiście idzie. Jednym z ważnych zadań było także zminimalizowanie zagrożenia dla stabilności rozgrywek poprzez nadzór nad kontraktami i wydatkami klubów. Słuchając informacji o kolejnych zaległościach rozliczanych dopiero przed kolejnym procesem licencyjnym, kolejnych sezonach zakończonych pod kreską przez większość drużyn, liczenie na kolejne dotacje samorządów, trudno mi zaakceptować to zadanie jako zrealizowane. Dla mnie to nie jest stabilność.
Wychodzę z założenia, że nie można osiągnąć dobrych celów złymi metodami. Jeśli jest takie podejście, to oficjalnie ogłaszane cele są tylko bełkotem medialnym, za którym kryje się coś zupełnie innego – najczęściej chęć zarobku. Mam tutaj dwie uwagi, choć właściwie są to zarzuty, bo psują w mojej ocenie cały obraz pozornego dobra, które ma być osiągnięte.
Absolutnie najgorszą kwestią, która burzy mi cały obraz pozornie słusznych działań jest zamordyzm regulaminowy, skierowany przeciwko słabszym, mniej zamożnym, ewentualnie bardziej niepokornym zawodnikom. Jednocześnie cała plotkarska otoczka, mająca trzymać kibiców w niepewności i nie pozwalać im na wyjście poza świat czterech ścian medialnego przekazu. To cały przemysł, który – o dziwo – działa od dobrych dziesięciu lat. O takim środowisku, w którym przede wszystkim krytyka musi być kontrolowana, marzy zapewne wielu polityków.
—
I tak hula sobie na razie cała ta struktura stworzona z czterech środowisk: centrali, zawodników (szczególnie tych z czołówki), którzy ustalają warunki i zarabiają, kibiców mających przynosić pieniądze (oczywiście nie wiedząc o tym) oraz działaczy klubowych, mających oddolnie dbać o organizację. Wszystko opakowane medialnie tak, żeby pokazać na zewnątrz atrakcyjność.
Im większa presja, im więcej zagrożeń, tym mniejszy margines samodzielności centrala pozostawia poszczególnym elementom tej układanki.
Jak długo będzie kręcić się ta karuzela? Tak długo, jak będą pieniądze. Jak długo będą pieniądze? Tak długo, jak będzie można wykorzystywać kibiców do ich pozyskiwania. Póki co karuzela kręci się coraz szybciej…

