18 czerwca 2016 r. wyruszyłem w jedną z moich najważniejszych, jak się później okazało, podróży żużlowych. Nie planowałem jej wcześniej, nie myślałem o niej przed sezonem. Kupiłem bilety na samolot pewnie jakieś 2-3 tygodnie przed wylotem. Chciałem zobaczyć pierwszy historyczny turniej cyklu Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów, który miał się odbyć w King’s Lynn. Choć nie wydarzyło się tam nic specjalnie spektakularnego, to wyjazd przyczynił się do sporych zmian w moim sposobie myślenia i to nie tylko w temacie żużla.
Warto przypomnieć, że w Polsce byliśmy już po zmianie partii rządzącej w wyniku wyborów z września 2015 roku. Moja podróż odbywała się kilka dni przed referendum brexitowym, ale nie miało to żadnego wpływu. Mogłem jednak zobaczyć nastroje, bo King’s Lynn leży we wschodniej Anglii, czyli tam, gdzie poparcie dla wyjścia z UE było spore, może nawet jedno z wyższych. Jako ciekawostkę żużlową dodam natomiast (wówczas o tym nie wiedziałem), że miejscowa drużyna Gwiazd powstała po zamknięciu obiektu Norwich Stars.
Nie ukrywam, że bałem się. Była to moja pierwsza samotna podróż do Anglii. Najpierw przejazd do Berlina, parking P+R, przejazd S-Bahnem do lotniska Schönefeld i wylot do Stansted. Wszystko poszło zgodnie z planem. Zdążyłem na autobus do Cambridge, gdzie miałem trochę czasu, a potem pociągiem pojechałem do King’s Lynn. Na miejscu miałem na tyle zapasu, że mogłem zwiedzić kawałek miasta i zrobić kilka zdjęć centrum oraz pozostałości po dawnych czasach. Poszedłem pod pomnik podróżnika, który nazywał się Georg Vancouver – na jego cześć nadano nazwę kanadyjskiemu miastu. Po drodze znalazłem sklep o nazwie „Biedronka – International Food Center”. W końcu ruszyłem w drogę na stadion. Z centrum miałem do przejścia jakieś 3 km, więc niespecjalnie daleko, biorąc pod uwagę położenie niektórych angielskich obiektów żużlowych.
W okolice Adrian Flux Arena dotarłem jeszcze przed otwarciem kas. Ustawiłem się jako czwarty lub piaty w kolejce i czekałem. Pogoda nie była specjalnie słoneczna, a wcześniejsze opady deszczu powodowały niepewność wśród kibiców. W końcu jednak okienko zostało otwarte, a ja kupiłem bilet i wszedłem na stadion. Kupiłem program, otworzyłem go i… Tutaj pojawiły się w mojej głowie słowa powszechnie uznawane za wulgarne, bo poczułem się w pewien sposób oszukany. Na jednej z pierwszych stron programu zobaczyłem wielkie zdjęcie Ryszarda Czarneckiego, przedstawianego jako patron zawodów. Nie wiedziałem o co chodzi. Nie chodziło o politykę. Ja po prostu chciałem spokojnie obejrzeć zawody w Anglii z obsadą godną finału IMŚJ, a przy okazji uciec od tego wszystkiego, co działo się wokół żużla w Polsce. To zdjęcie poczułem, że znalazłem się w samym centrum tego naszego bagienka, które włazi z buciorami w mój świat.
Na szczęście polityk kompletnie nie interesował przybyłych na trybuny miejscowych kibiców. Mogłem na spokojnie obserwować przygotowywanie startu (za pomocą koparki), zbieranie z toru pozostałości po wyścigach samochodowych, specyficzny sprzęt do polewania nawierzchni. Zrobiłem trochę zdjęć obiektu i czekałem na prezentację, a potem na zawody. Turniej rozpoczynał się o godz. 19:30 miejscowego czasu, a o godz. 23:00 odjeżdżał ostatni pociąg z King’s Lynn. Wydawało mi się, że spokojnie obejrzę całe zawody, ale już pierwszy łuk pierwszego wyścigu pokazał, że łatwo nie będzie.
Choć tutejszy owal określano w polskich mediach jako najbardziej kontynentalny z angielskich torów, to zawodnicy bez doświadczenia w Anglii nie radzili sobie na szybkich, wąskich i mocno podniesionych łukach. W efekcie było bardzo dużo upadków i przerw, przez co musiałem w ciągu niespełna trzech godzin rozegrano tylko siedemnaście wyścigów, a ja musiałem wyjść ze stadionu, żeby zdążyć na pociąg. Jednak możliwość zobaczenia młodych żużlowców, którzy na takim obiekcie jadą z odkręconym gazem było doświadczeniem, którego nie da się opowiedzieć. Do przejścia na stację kolejową miałem nieco ponad 3 km. Z okien pociągu widziałem w oddali światła stadionu.
Byłem zmęczony. Od dobrych 18 godzin byłem w podróży, więc szybko zasnąłem w pociągu. Obudziłem się na szczęście przed Cambridge, gdzie miałem przesiadkę i kolejne 3 godziny oczekiwania na autobus – licząc od północy. Chodziłem z plecakiem z lustrzanką i dodatkowym obiektywem na trasie pomiędzy stacją kolejową a McDonaldem, wśród rozbawionego tłumu. Po dwóch godzinach usiadłem na ławce. Ktoś z wracającej do domu grupy chciał mnie nawet nakarmić, bo myślał, że jestem bezdomny. W końcu minęły długie trzy godziny, przyjechał autobus i pojechałem na lotnisko. Zasnąłem oczywiście, ale obudziłem się, gdy wjeżdżaliśmy na teren Stansted. Potem już kontrola bagażu, oczekiwanie na samolot, przespany lot i około godz. 9:00 dotarłem do samochodu. Zostały 183 km do domu.
W domu chwilę przespałem, potem kościół, obiad i przed godz. 17:00 siedziałem już na trybunach zielonogórskiego stadionu. Żona patrzyła na mnie, jak na dziwaka, ale przecież miałem karnet. To było bardzo fajne doświadczenie, móc dzień po dniu być na żużlu i to w miejscach oddalonych od siebie w linii prostej o ponad 1000 km. Kiedy wychodziłem z domu czułem ekscytację, ale im bliżej byłem stadionu, im bardziej słyszalne były dźwięki trybun, tym bardziej docierało do mnie, że ja do tego miejsca przestałem pasować, że to już nie są te mecze mojego Falubazu, w których chcę uczestniczyć. Sezon 2016 dokończyłem jeszcze na trybunach, bo miałem karnet, ale to był koniec mojej blisko 40-letniej przygody z ligowym Falubazem. Walił się jeden z moich życiowych filarów.
Niedługo po powrocie dowiedziałem się skąd wziął się patron w programie w King’s Lynn, a potem obserwowałem z coraz większym zniechęceniem pompowanie coraz większych pieniędzy Spółek Skarbu Państwa w żużel i zrobienie ze speedwaya czegoś na kształt sportowego disco polo – zabawy dla prowincji, która daje potem zwycięstwo w kolejnych wyborach. A że władza powiązana była z Kościołem, więc powoli zaczynał się proces walenia się kolejny filaru. Ale tę opowieść zostawię dla siebie…
Czy bez wyjazdu do King’s Lynn moje dzieje potoczyłyby się inaczej? Nie wiem. Myślę, że możliwość zestawienia w tak krótkim czasie





























