I kolejka Ekstraligi – podsumowanie

I kolejka PGE Ekstraligi – było bardzo ciekawie, było bardzo dramatycznie (także w tym mało przyjemnym znaczeniu), było dla jednych szczęśliwie, dla drugich pechowo, było trochę wstydu organizacyjnego. Były także niestety skandaliczne decyzje sędziego Ryszarda Bryły w Grudziądzu, który okradł gości z jednego punktu meczowego (i przy okazji zepsuł mi kupon). Czyli właściwie było wszystko, więc można powiedzieć, że pierwsza kolejka bardzo mocno podniosła poprzeczkę na przyszłość.

Na początku życzę szybkiego powrotu do zdrowia i na tor zawodnikom, którzy ucierpieli w wypadkach. A teraz do rzeczy. Czego wymagamy od PGE Ekstraligi? Myślę, że przede wszystkim emocji i pod tym względem na pewno możemy być usatysfakcjonowani, bo na torach pod względem czysto sportowym działo się naprawdę wiele. Nie można jednak zapominać, że PGE Ekstraliga reklamuje się jako najlepsza, najszybsza i najbogatsza liga świata, dlatego płacąc niemałe pieniądze mam prawo wymagać profesjonalizmu zarówno od organizatorów, jak i sędziów, w tym także od pana Leszka Demskiego, który tych sędziów ocenia.

W kontekście tego jak działacze ekstraligowi przedstawiają swój produkt, sytuacje z niemożnością wymiany dmuchawy na działającą, zbyt luźnej taśmy niemal dotykającej kół motocykli czy polewaczki jeżdżącej niezgodnie z zaleceniami arbitra są po prostu śmieszne. Uznam jednak, że to takie pierwsze śliwki robaczywki, mając nadzieję, że podobne sytuacje nie będą się powtarzać.

Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad sytuacjami wypaczającymi wynik meczu, a taką niestety mieliśmy w Grudziądzu, gdy Krzysztof Buczkowski ostrym wejściem demoluje sprzęt przeciwnika, a winnym jest poszkodowany. Nie zgadzam się także z panem Demskim w ocenie wypadku Adriana Miedzińskiego, który ewidentnie został podcięty przez Antonio Lindbaecka, po czym uderza w koło Krystiana Pieszczka i leci z ogromną prędkością w bandę. Wg mnie całą sytuację spowodował Szwed, a wykluczanie zawodnika tylko dlatego, że nazywa się Adrian Miedziński jest kompletnie bez sensu. Inna sprawa, że warto byłoby się zająć dopuszczeniem do jazdy żużlowca po takim dzwonie.

Nie rozumiem postawy pana Demskiego, który we wspomnianej wyżej sytuacji niejako usprawiedliwia A. Lindbacka argumentując w ten sposób, że  Szwed jechał swoim torem, a jednocześnie krytykuje decyzję sędziego Bryły (z którą akurat się zgadzam) o wykluczeniu Tobiasza Musielaka. Tak jeździć po prostu nie wolno. Nie można na torze poruszać się w sposób nieprzewidywalny od krawężnika do bandy, ładując w płot innego zawodnika. Panie Demski, na czym tu polegała wg Pana wina Leona Madsena?

Ręce mi opadły, gdy usłyszałem wypowiedź tej naszej pożal się Boże wyroczni w sprawie zagrożenia walkowerem z powodu braku działającej dmuchawy pompującej powietrze do pneumatycznej bandy. Okazuje się, że wg L. Demskiego dmuchana banda, będąca przecież obowiązkowym wyposażeniem toru, nie jest elementem, którego półgodzinna niesprawność może być przyczyną walkowera. Wyjścia są dwa: albo regulamin jest pisany przez ludzi bez wyobraźni, albo jest przez takowych interpretowany. Skoro nie można bez dmuchanej bandy jechać (niezależnie od tego z jakiego powodu nie działa), to znaczy, że tor nie jest należycie przygotowany. Jeśli potrzeba aż tak szczegółowych zapisów, to znaczy, że regulamin jest kiepski.

Jeszcze chwilę o kwestiach sportowych, a raczej o sposobie budowania drużyny i przygotowaniu do sezonu oraz nowości regulaminowej w postaci zawodnika rezerwowego pod numerem 8(16). Bez trudu da się zauważyć różnicę w jeździe drużyn, w których zawodnicy mają pewne miejsce w składzie i tych, w których prędzej czy później dojdzie do czegoś w rodzaju wyścigu szczurów. Spójrzmy sobie na Spartę Wrocław, która miała dwóch rezerwowych Maksów – Drabika i Fricke. Gołym okiem widać, że obaj mają jechać co najmniej pięć razy w meczu, czyli aż siedmiokrotnie stosowana będzie rezerwa zwykła. Żeby jednak puścić rezerwowego, trzeba komuś zabrać start, co tym razem spotkało Damiana Dróżdża i Andrzeja Lebiediewa. A przecież w cywilnych ciuchach czeka jeszcze na start Gleb Czugunow. Na dłuższą metę takiego składu nie da się uratować, no chyba że wszyscy mający w kontraktach zapisane jakieś gwarancje będą w sumie robić ponad 45 punktów. Tym razem jednak nie uratowali wyniku i cała Sparta powinna dziękować młodemu Patrykowi Wojdyle, którego jedno „oczko” dało jeden punkt meczowy wrocławianom. Jak czują się wspomniani Dróżdż, Lebiediew i Czugunow? Chyba lepiej nie pytać.

Grudziądzanie, mający całkiem fajny skład, też skorzystali z aż czterech rezerw, na czym ucierpiał Niemiec Kai Huckenbeck. Mimo atutu własnego toru GKM zaledwie zremisował z częstochowskimi Lwami, chociaż miał dodatkowego zawodnika w osobie sędziego Ryszarda Bryły. Dwa rozegrane sparingi pewnie wystarczyłyby na Falubaz, Spartę czy Unię Tarnów, ale na dobrze wjeżdżonych w sezon zawodników Włókniarza (w szczególności na Fredrika Lindgrena i Leona Madsena) to już jednak było za mało.

Dalej spójrzmy na Falubaz, gdzie dwóch pewniaków, czyli Piotr Protasiewicz i Patryk Dudek ma słabszy dzień, ale o miejsce w składzie musi martwić się tak naprawdę Kacper Gomólski, który pojechał przecież tylko dzięki kontuzji Martina Smolinskiego. A przecież na swoją szansę czeka jeszcze Jacob Thorsell. Zielonogórzanie powinni wziąć się porządnie do roboty, bo zaledwie jeden sparing i własny tor dostępny dopiero od czwartku, to w kontekście niedzielnego meczu wyjazdowego naprawdę za mało. Trudno jest wygrać pojedynek, gdy ustawiony w parze z juniorem Piotr Protasiewicz potrafi pokonać tylko Artura Mroczkę, Patryka Rolnickiego i Jakuba Jamroga, a mimo to i tak ma pewne miejsce w biegu nominowanym, w którym zresztą przyjeżdża jako ostatni. Na razie zmiana menadżera niczego nie zmieniła i zobaczymy czy coś się w Falubazie ruszy w najbliższej przyszłości. A presja jest spora, bo póki co bilety na najbliższy mecz jakoś nie chcą się sprzedawać…

Nowinka regulaminowa z zawodnikiem rezerwowym niewątpliwie zdała egzamin w Gorzowie, bo została wykorzystana zgodnie z przeznaczeniem (w przeciwieństwie do tego co widzieliśmy we Wrocławiu i w Grudziądzu, gdzie zawodnik rezerwowy mógł spokojnie być wpisany w podstawowym składzie). Po wypadku Jasona Doyle’a goście mieli dodatkowego zawodnika, co uratowało zarówno ich, jak i samo widowisko. Myślę, że oba zespoły pokazały się z dobrej strony. Gorzowianie jechali bardzo dobrze i tutaj niczego doczepić się nie można, a u torunian trochę szkoda błędu Daniela Kaczmarka, którego błąd w kluczowym momencie meczu spowodował odjechanie gospodarzy. Tak czasem bywa.

Takie mam spostrzeżenia na gorąco.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *