W końcu coś ruszyło

Z braku laku… Skoro nie ma na razie nadziei na jakieś wyjazdy, to zawsze można pocieszyć się faktem, że wreszcie ruszyła ekstraliga. Mecz był taki sobie, ale trudno liczyć na wielkie ściganie, gdy żużlowcy nie mieli możliwości rozgrywania sparingów. Zresztą nie sama jazda była wczoraj najważniejsza.

Myślę, że to co jest najważniejsze, to nie wynik – wszak mecz był połączeniem ligi i pierwszego ostrego sparingu – a możliwość spojrzenia na sposób budowania zespołów. Nie będę rozwijał kwestii polskiego obywatelstwa Gleba Czugunowa i wciąż nierozwiązanego problemy Maksyma Drabika. Sparta w świetle przepisów wystawiła zgodnie z regulaminem skład, w którym każdy wie na co może liczyć. Są liderzy w osobach Macieja Janowskiego, Taia Woffindena i Maksyma Drabika, potem Max Frick jako ewentualny lider – młody chłopak z dużym potencjałem i nabierający doświadczenia na najwyższym szczeblu Daniel Bewley. Ten ostatni raczej wielkich wyników na razie nie będzie przywoził, więc potencjalnie w jego miejsce jako rezerwowy może wskoczyć Gleb Czugunow. A jeśli Gleb będzie jechać solidnie, w nagrodę dostanie bieg nominowany kosztem Australijczyka. Do tego jeszcze mocny junior Przemysław Liszka, który póki co jeszcze nie ma takiej siły przebicia, żeby zaburzyć ten misternie zaprojektowany układ.

A co w Motorze? To czego można było się spodziewać po kontrakcie Jarosława Hampela. Jeszcze się sezon nie zaczął, a tam już nie ma atmosfery. Ta ekipa wygląda trochę tak, jakby ktoś wybudował sobie dom z dwoma garażami i kupił pięć samochodów, których nijak nie da się w tych garażach pomieścić. Nie potrafię zrozumieć postępowania pana Kępy, który drugi raz z rzędu popełnia ten sam błąd, dokładając do stabilnego składu kolejnego zawodnika z najwyższej półki finansowej. W ubiegłym roku zrobił dokładnie to samo z Grigorijem Łagutą i tylko kontuzje Grzegorza Zengoty oraz kilka kontuzji w trakcie sezonu sprawiło, że Motor jakoś dojechał do mety. Tak jakby nikt nie zauważył prostego faktu, że ten zespół w poprzednim sezonie nie wygrał żadnego meczu jeżdżąc w najsilniejszym składzie, za wyjątkiem spotkań z Toruniem, z którym wszyscy wygrywali. Jak ma tam być atmosfera, skoro czterech seniorów nie można zmienić, Jakub Jamróg będzie walczyć o skład z Pawłem Miesiącem, obaj juniorzy chcą jeździć więcej niż trzy biegi, a na szansę czeka jeszcze Robert Lambert? Mówienie o jakiejkolwiek atmosferze jest tu zaklinaniem rzeczywistości.

Rozumiem, że lublinianie, jako goście, po raz pierwszy w sezonie mogli wyjechać na tor inny niż ich własny, że specyfika wrocławskiego owalu jest zupełnie inna, ale jednocześnie widać było gołym okiem różnicę nie tylko w skuteczności, ale przede wszystkim w stylu jazdy. Może ci zawodnicy potrzebują trochę czasu, może ich tor jest na tyle specyficzny, że nie jest żadnym punktem odniesienia do innych torów. Może… Obawiam się jednak, że jedyną rzeczą, która może im pomóc są niestety… kontuzje, które rozwiążą kwestię wewnętrznej rywalizacji.

Jeśli chodzi o drugi mecz, to dobrze, że górę wziął zdrowy rozsądek. Kibice przed telewizorami mogą sobie wszystko powiedzieć i chyba szkoda, że panowie komentatorzy nabudowali zupełnie niepotrzebnie narrację, z której potem musieli się jakoś sensownie wycofywać.

I na koniec chciałbym pochwalić Gleba Czugunowa, który jako jedyny przedstawiciel tego żużlowego cyrku zachował w sobie jakoś zwyczajną ludzką normalność i poprosił przed kamerami o lekkie poluzowanie obostrzeń związanych z maseczkami w boksach zawodników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *