Sezon ekstraligowy zbliża się wielkimi krokami, więc można pobawić się w obstawianie szans poszczególnych drużyn. Właściwie powinienem napisać: drużyn i zespołów, bo zbudowanie drużyny z indywidualistów, a takimi są przecież żużlowcy, jest niezbyt częstym zjawiskiem w realiach polskiej ekstraligi.
Ta nasza ekstraliga jest strasznie rozwarstwiona, jeśli wziąć pod uwagę, że jest tam tylko osiem zespołów. Jedni zbudowali skład wcześniej i teraz go utrzymują, inni budują w miarę realny skład, jeszcze inni przepłacają w miarę znane nazwiska, żeby budować wizerunek potęgi (często z wątpliwym pokryciem finansowym), a część po prostu bierze to, na co ich stać i co zostało na rynku. O ile w ligach (piłkarskich) złożonych z 20 lub więcej drużyn takie rozwarstwienie ma swoje plusy, to w rozgrywki z 14 kolejkami bywają zwyczajnie nudne. Jak będzie w tym roku?
Sposób budowy składów z grubsza mogę podzielić na trzy rodzaje:
- mocni seniorzy z solidnym zawodnikiem U24 i mniejszym wpływem juniorów,
- czterech solidnych seniorów z celową luką na wykorzystanie dodatkowych startów dla juniorów,
- wyrównane składy w zakresie całej siódemki zawodników, często bez wyraźnego lidera.
Który z tych sposobów jest lepszy? Nie ma na to dobrej odpowiedzi, bo wszystko zależy od formy poszczególnych zawodników. I tutaj jest właśnie największy problem, czyli jednocześnie najlepsza zabawa. Zakładam, że część gwiazd zastrzega sobie jakoś – w mniej lub bardziej oficjalny sposób – gwarancje startów, niezależnie od aktualnej formy. Im gorsza pozycja negocjacyjna klubu, czyli im mniejsza jest jego wiarygodność, tym większy wpływ na decyzje czysto menadżerskie będzie miał prezes klubu. Jedni myślą o przyszłości, inni podpisują umowy mając nadzieję, że po sezonie świat się skończy. Ekstraligowa rzeczywistość.
Mając na uwadze wypłacalność i wiarygodność klubów, trudno nie wziąć pod uwagę wysokości budżetów i możliwości ich zrealizowania. Bardzo mocno upraszczając kwestię, klubowe budżety składają się z czterech części: Ekstraliga (przede wszystkim telewizja), samorząd, kibice oraz sponsorzy. Im więcej jest „darmowych” pieniędzy, tym bardziej zyskują… najbogatsi. Tutaj zdecydowanie ponad przeciętność wychodzą Toruń, Wrocław i Lublin, czyli kluby, które zdominowały rozgrywki w trzech ostatnich sezonach. Reszta rywali albo próbuje dogonić na siłę tę wąską czołówkę, albo próbuje przetrwać, czyli nie spaść. Pieniądze, a przede wszystkim przewidywalność ich wypłacania, dają spokój, choć niekoniecznie budują drużynę w pełnym tego słowa znaczeniu. Ostatnie trzy lata pokazały, że wygrywa ten, kto potrafi połączyć te dwie rzeczywistości. Zresztą zawodnicy też chcą mieć spokój i dużo wcześniej zaklepują sobie miejsca w ekipach ze stabilnym budżetem, co pozwala im na walkę o najwyższe cele, Czy najwyższe cele oznaczają triumf w naszej lidze, to już zupełnie inna historia.
Rzeczywistość na dziś jest taka, że trzy najbogatsze kluby w sumie mają budżety mniej więcej na poziomie sumy pięciu pozostałych, przy czym z tej piątki część ma budżety wirtualne. I choćby z tego powodu zawodnicy dobrej klasy nie będą rezygnować ze stabilności. Patrząc np. na klub z Wrocławia mam wrażenie, że właśnie świadomość tego, co można utracić buduje ten zespół, choć niekoniecznie buduje drużynę. Wg mnie w poprzednim sezonie zabrakło kogoś, kto z grupy indywidualistów zbudowałby drużynę. Ale ja jestem z boku więc, to tylko moje wnioski.
Nie ma tutaj specjalnie miejsca, żeby zajmować się szczegółowo poszczególnymi drużynami. Jeśli będę miał czas, to moje wnioski, które i tak mało kogo interesują, wrzucę na moją stronę.
Na teraz uważam, że pieniądze znów przeważą i trzy najbogatsze kluby w fazie zasadniczej przejadą się, niczym walec, po reszcie. Kto będzie czwartym? Nie Częstochowa, niekoniecznie Grudziądz, chyba także nie Zielona Góra. Obstawiam jednak, że po raz pierwszy od trzech lat ktoś z trójki Wrocław – Toruń – Lublin nie zdobędzie medalu.
Gdyby ktoś doczytał do końca, to zaznaczam, że chodzi tylko o zabawę w obstawianie 😁

