Finał Brązowego Kasku w Grudziądzu

W tegorocznych planach miałem wizytę w Grudziądzu, bo był to jeden z tych obiektów, których nie miałem jeszcze okazji zobaczyć. Nie wchodziła w grę ekstraliga, lipcowe eliminacje IMŚJ zostały przeniesione do Gdańska, ale jakoś tak się pogoda poukładała, że pod koniec maja mogłem pojechać na finał Brązowego Kasku.

Droga do Grudziądza zajęła mi ponad pięć godzin, więc nie miałem już specjalnie czasu na zwiedzanie miasta. Pod stadionem byłem ok. 15:15 i szczerze mówiąc moje pierwsze zetknięcie z obiektem nie było zbyt pozytywne, bo… nie mogłem wejść. Chyba pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, gdy na godzinę przed zawodami bramy dla zwykłych kibiców są zamknięte. Nie powiem, minęło trochę czasu zanim przeszła mi ta irytacja po wejściu na obiekt.

Sam stadion po remoncie wygląda przyjemnie – taki bardzo kameralny obiekt w starym stylu, niepasujący do ekstraligowego przepychu. Tor jest bardzo wąski z dość krótkimi, jak na polskie warunki, łukami – to jest pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę. To wrażenie jest pewnie spowodowane także długością prostych, bo jednak jest to jeden z dłuższych polskich owali. Jest to też chyba jedyny przypadek, gdy za bandą na łuku rośnie drzewo – w tym przypadku charakterystyczny dąb.

Początkowo było dość ciemno, bo nad Grudziądzem wisiały niezbyt miłe chmury, ale na szczęście po jakimś czasie chmury rozeszły się i zrobiło się przyjemniej. Pochodziłem sobie po prostej startowej (reszta trybun była niestety zamknięta), sprawdziłem co można kupić do jedzenia i tak spędziłem oczekiwanie na rozpoczęcie zawodów. Zaczęło do mnie docierać dlaczego nikomu nie spieszyło się do otwierania bram – nie było po prostu takiej potrzeby. W końcu rozpoczęła się prezentacja, potem wyścigi. Początek potwierdzał to czego się obawiałem, czyli jazda gęsiego w sporych odstępach. Po pierwszej serii wycofał się z udziału w turnieju Piotr Gryszpiński, odczuwający skutki niedzielnego wypadku. W szóstym wyścigu doszło niestety do karambolu na pierwszym łuku. Motoru nie opanował Michał Curzytek, powodując upadek swój oraz jadącego przed nim Przemysława Liszki. Wrocławianin długo leżał na torze, a po ósmym biegu karetka odwiozła go do szpitala. Po przerwie trwającej dobre dwadzieścia minut „emocje” zapewnił sędzia. Najpierw przerwał rozgrywany w trzyosobowej obsadzie bieg IX (miał tu startować P. Liszka, a jedyny rezerwowy zastępował P. Gryszpińskiego) z powodu nierównego startu, po czym udał się do ekipy transmitującej zawody telewizji SabmarTV i orzekł, że… start był prawidłowy. W drugim podejściu przy wejściu w drugi łuk upadł Mateusz Świdnicki (częstochowianin prowadził w pierwszej odsłonie tego wyścigu) i został, po konsultacji z telewizją, wykluczony przez arbitra. Za trzecim razem po starciu przy wejściu w pierwszy łuk upadł Mateusz Bartkowiak i… po konsultacji z telewizją został wykluczony, co uważam za ogromny błąd sędziego, bo zawodnicy dość mocno poszli po starcie na łokcie. Za czwartym razem pojechał osamotniony Kacper Pludra i wreszcie zakończyła się ta „gonitwa”.

Po tych błędach sędziego zacząłem się zastanawiać po co taki Tomasz Fiałkowski siedzi na wieżyczce i przeszkadza zawodnikom w jeździe. Dzięki niemu dwóch zawodników straciło szansę na powalczenie o trzecie miejsce. Jeżeli każda decyzja wymaga oglądania powtórek na monitorze, to może lepiej byłoby puścić obraz na jakimś ekranie i zrobić głosowanie wśród kibiców – będzie ciekawiej, a efekt byłby pewnie podobny. Technika to fajna sprawa, ale czasem niestety sprawia, że ludzie przestają zwracać uwagę na ważne szczegóły, bo wszystko będzie przecież można zobaczyć na powtórce. I mam wrażenie, że taka sytuacja ma miejsce w żużlu. A najgłupsze w tym wszystkim jest to, że kiepskiemu sędziemu nie pomoże nawet asystą telewizji.

Potem zgodnie z programem odbywał się wyścig dziesiąty i kolejny upadek – tym razem klasyczne parkowanie pod dębem w wykonaniu Mateusza Cierniaka. Zawody ciągnęły się niemiłosiernie. Na całe szczęście druga połowa okazała się dużo ciekawsza pod względem sportowym. Nie było co prawda jakichś spektakularnych akcji (poza bardzo odważną próbą ataku Mateusza Cierniaka, która zakończyła się groźnie wyglądającym upadkiem na przeciwległej prostej), ale młodzi żużlowcy coraz lepiej starali się wykorzystywać specyfikę grudziądzkiego owalu.

Ogólnie nie były to zawody stojące na najwyższym poziomie, ale też dzięki drugiej części nie mam jakichś wielkich powodów do narzekania. Tor w Grudziądzu nie należy do łatwych i trzeba zawodników z odpowiednim doświadczeniem, żeby mieć tu prawdziwie sportowe emocje. Wyprzedzanie jest tu zdecydowanie trudniejsze niż na większości polskich owali, więc żużlowcy słabsi raczej skupiają się na w miarę płynnym przejechaniu czterech kółek. Myślę, że po tych zawodach mają o czym myśleć w żużlowej centrali, bo jednak występowali najlepsi polscy zawodnicy do lat 19. Przy kolosalnych pieniądzach jakie krążą w naszym speedwayu, przy dostępie do znacznie lepszego sprzętu niż rówieśnicy z wielu innych krajów, przy znacznie większej liczbie zawodów okazuje się, że mamy może pięciu juniorów w tej kategorii wiekowej, którzy mogliby sensownie rywalizować na arenie europejskiej. Warto przy tym zaznaczyć, że Wiktor Lampart oraz Jakub Miśkowiak mają ogromną pomoc, dzięki temu, że członkowie ich rodzin przetarli im szlak w tym środowisku. Porównując poziom Brązowego Kasku z ubiegłorocznymi półfinałami Indywidualnego Pucharu Europu do lat 19 wydaje mi się, że jeszcze na polskich twardych i suchych torach nasi chłopacy mogą coś pokazać. Obawiam się, że wystarczy trochę deszczu, nieznany tor i konkurenci tacy jak Jan Kvech, Petr Chlupac, Marko Lewiszyn, Mattia Lenarduzzi, Gaetan Stella. Lukas Finhage, nie mówiąc już o Duńczykach czy Brytyjczykach, mogą okazać się nieosiągalni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *