Żużel w czasach zarazy

Ostatni mój wpis dodałem w październiku, a dotyczył on zawodów w austriackim Mureck. Przez kolejne pięć miesięcy jakoś nie mogłem zmusić się do napisanie czegoś szczególnie sensownego, bo też nic specjalnie sensownego się w tym czasie nie działo. Śledziłem jednak pojawiające się informacje o terminarzach zawodów w poszczególnych krajach i powoli ustalałem plan wykazdów. Jak wyszło, wszyscy wiemy. Za jakiś czas, dłuższy lub krótszy, życie zacznie wracać do normy. Tylko czy my naprawdę chcemy powrotu tego samego świata?

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość. To zdanie Woody’ego Allena nabiera dziś zupełnie innego znaczenia. Każdy z nas miał swoje plany na najbliższe tygodnie czy miesiące i, czy tego chce czy nie, musi pogodzić się z rezygnacją z pewnych rzeczy. Według moich planów powinienem szykować się aktualnie do wylotu do Wielkiej Brytanii. 19 marca miałem jechać do Sheffield na Testimonial Todda Kurtza. Cóż, bilety lotnicze przepadną, bo kupiłem je za cenę tak niską, że nawet nie opłaca się ich przebukować, nie mając żadnej gwarancji, że w nowym terminie uda się spokojnie polecieć. Trudno powiedzieć na chwilę obecną czy turniej się odbędzie, zresztą nie ma to dla mnie w tej chwili większego znaczenia.

Kilka imprez organizatorzy jednak zdążyli w tym roku rozegrać – mecze ligi francuskiej oraz Ben Fund Bonanza. Szczególnie za ten ostatni Anglikom strasznie się oberwało w polskich żużlowych mediach mainstreamowych i na polskich forach. Cóż, chcą niech jeżdżą, skoro nie było u nich w tym momencie zakazu rozgrywania imprez. To zresztą bardzo szczytna impreza, a raczej szczytna inicjatywa, na którą jakoś polscy żużlowcy nigdy się nie zdobyli, choć pieniądze u nas są kilkukrotnie wyższe. Turniej wspierający fundację zbierająca pieniądze na pomoc kontuzjowanym żużlowcom tradycyjnie otwiera żużlowy sezon na Wyspach i być może właśnie to było głównym powodem tego, że żużlowcy stanęli na starcie. Tym bardziej, że ogromna część z nich korzystała z tej pomocy w trudnych czasach swojej kariery.

Gdyby w Polsce nie zakazano odgórnie organizowania imprez, pewnie też jakieś sparingi byłyby rozgrywane. I mam wrażenie, że właśnie jakaś taka lekka zazdrość przemawia przez naszych kibiców. I pewnie szlag trafia redaktorów, że nie mogą krytykować na bieżąco polskich klubów i muszą wymyślać jakieś z dupy wzięte artykuły w celu podtrzymania klikalności swojego portalu. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Anglicy pojechali dlatego, że tam żużlowcy startują przede wszystkim dla siebie, a kibice przychodzą na te zmagania popatrzeć i dlatego mają szacunek dla zawodników. W Polsce wszystko kręci się wokół pieniędzy, więc niemożliwym jest, aby zawody były rozgrywane bez publiczności, bo przecież właśnie po to się odbywają, żeby na nich zarobić. I to jest zasadnicza różnica. I dzięki temu głównym tematem jest aktualnie możliwe bankructwo wielu klubów. I dlatego też pojawiają się artykuły o upadku dyscypliny, bo przecież dla wielu tzw. dziennikarzy brak rozgrywek w Polsce to właśnie oznacza. Żużel nie upadnie dopóki będą na tym świecie pasjonaci, którzy będą chcieli ścigać się jeżdżąc cztery okrążenia ślizgiem kontrolowanym. A takich ludzi nie zabraknie.

Czego boją się polskie kluby? Myślę, że przede wszystkim tego, że kibice odkryją, że poza ligą też jest życie i znajdą sobie w międzyczasie jakieś inne zajęcie, czyli przynajmniej część z kibiców nie wróci już na trybuny. Podobny strach pewnie jest polskich parafiach, że ludzie odkryją, że niedzielna msza nie jest im do niczego potrzebna, a nie idąc do kościoła zyskują sporo wolnego czasu. I pewnie tego boi się również w części branża rozrywkowa, handel namawiający nas do kupowanie rzeczy kompletnie nam niepotrzebnych. Jest czas na to, żeby pograć w planszówki, żeby poczytać książki, wyjść na spacer i może wreszcie ze sobą porozmawiać. Z okazji pandemii, w końcu pandemia jest też jakąś okazją…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *