Dlaczego zdecydowałem się pojechać na mecz 2. Ekstraligi? We wtorek pracowałem w Lesznie, więc po zakończeniu pracy miałem niespełna 100 km do Poznania. A ponieważ po raz pierwszy od bodajże 31 lat żużel miał się tu odbyć przy sztucznym oświetleniu, do tego na odnowionym stadionie, więc warto było to zobaczyć.
Założyłem, że będę na miejscu trochę po godz. 17 i plan udało się zrealizować. Zaparkowałem przy ul. Małopolskiej, więc miałem niecały kilometr do przejścia. Nie ukrywam, że zaskoczyłem się widząc sporo kibiców podążających na stadion, gdy do rozpoczęcia meczu pozostawało jeszcze sporo ponad 1,5 godziny.
Musiałem poczekać chwilę przed stadionem, bo bramy miały zostać otwarte o 17:30. Okazało się, że są drobne natury organizacyjnej, ale o godz. 17:35 wszystkie wejścia udało się otworzyć. Stadion oczywiście czekał na wypełnienie kibicami, więc wykorzystując puste trybuny zrobiłem trochę zdjęć obiektu. Potem skorzystałem z jeszcze pachnącej przenośnej toalety (można było nawet umyć ręce na zewnątrz) i postanowiłem spróbować miejscowej kiełbasy. Zapłaciłem za nią 27 zł, ale nie potrafię powiedzieć czy to dużo w porównaniu z innymi obiektami. Wg mnie nie jest to mało, ale gięta okazała się całkiem smaczna, a bułka fajnie przypieczona.
Stadion żużlowy w Poznaniu jest pięknie położony, otoczony drzewami, tworzącymi naturalne tło. Choć mamy końcówkę kwietnia, to liście przybrały niemal jesienne barwy, a te – jak wiadomo – budują niepowtarzalny klimat. Do tego przejeżdżające za przeciwległą prostą pociągi też nadają pewnego uroku temu miejscu. Do kwestii golęcińskiego obiektu wrócę później.
Ludzi zaczynało przybywać i wyglądało na to, że na trybunach faktycznie pojawi się zapowiadany komplet publiczności. Czas upływał, rozpoczęła się próba toru, potem symboliczne otwarcie stadionu przez wiceprezydenta Poznania i prezentacja. Dwie uwagi. W czasie tego symbolicznego otwarcia można było na chwilę zatrzymać traktory, bo jeden z nich zasłonił ten moment. Fajnie byłoby, gdyby zawodnicy byli dowiezieni do prezentacji samochodami w kolorach żółtym i czarnym, czyli w barwach klubu.
Nie ukrywam, że miałem spory problem z wytypowaniem wyniku tego meczu. PSŻ „otrzymał” tor trzy dni wcześniej, więc jeździł prawie jak na wyjeździe. Działacze niepokonanej Stali Rzeszów natomiast postanowili swój zespół wzmocnić i to z kolei było ich minusem. Ostatecznie postawiłem na gości. Początek wydawał się potwierdzać mój wybór, ale gospodarze szybko dostosowali się do warunków na starcie i zaczęli coraz bardziej odjeżdżać rywalom. Znów okazało się, że lepsze jest wrogiem dobrego, a wzmocnienie niepokonanego składu przyniosło efekt odwrotny do zamierzonego, czyli to czego się obawiałem. Nowy zawodnik pojechał bardzo przeciętny mecz, nie wnosząc niczego szczególnie pozytywnego. Szkoda mi Andersa Rowe. Nie bardzo wiem jaki jest sens ściągania chłopaka z Anglii, skoro z założenia ma być on pięć razy zastępowany? Jeżeli rzeszowski klub jest tak bogaty, to może przeznaczy więcej środków na szkolenie młodzieży, zamiast jeździć kupowanymi juniorami, którym starcza energii na jeden wyścig?
O meczu nie będę pisał – kto chciał, to go oglądnął. Myślę, że spotkanie mogło podobać się kibicom gospodarzy, bo „Skorpiony” były bardzo skuteczne, mając lidera w osobie Ryana Douglasa – prawdziwego kapitana tego zespołu. Fajnie było zobaczyć powrót popularnego PUK-a, czyli Nielsa Kristiana Iversena. Wśród gości sporo zawodników przeszło obok tego spotkania, niemalże oddało je bez walki i to musiało mocno zaboleć niewielką grupkę rzeszowskich kibiców.
Na trybunach kibice dobrze się bawili. Żadnych negatywnych emocji, żadnych wulgaryzmów. Przyznam, że nie jestem przyzwyczajony do takiego stylu na meczach ligowych i musiałem przejść krótką aklimatyzację. Fani byli wzorowo prowadzeni przez Wojciecha Dróżdża, pełniącego jednocześnie rolę spikera i wodzireja. Przyznam, że zazdroszczę kibicom, którzy na co dzień mogą uczestniczyć w meczach prowadzonych przez p. Wojciecha, bo mogą obcować z kulturą żużla. Dostają sporą dawkę wiedzy, obiektywnej oceny, a wszystko jest ubrane w prawidłową polszczyznę.
Czas trochę pomarudzić. Przyjechałem tutaj zobaczyć odnowiony golęciński stadion. Warto jednak zaznaczyć, że odnowienie objęło tak naprawdę wymagania Speedway Ekstraligi, czyli to co widoczne w telewizji: sztuczne oświetlenie, odwodnienie liniowe, podniesienie łuków, a dodatkowo boisko ze sztuczną murawą do piłki nożnej i futbolu amerykańskiego, czyli miejsce na reklamy sponsorów klubu żużlowego. Jeśli chodzi o trybuny, to właściwie nic się nie zmieniło. Dlatego zaskoczyło mnie oficjalne otwarcie obiektu przez wiceprezydenta Poznania. W temacie trybun, to ten obiekt nie jest najlepszym miejscem do oglądania. Kibice są daleko od toru, a nachylenie wałów jest niskie. Po podniesieniu łuków widoczność jest jeszcze słabsza niż wcześniej. Słabo wygląda przestrzeń po dawnych dolnych trybunach, czyli wspomnienie świetności tego obiektu sprzed wielu, wielu lat. Nie ma tutaj także stałego zaplecza sanitarnego. Za to jest klimat, bo otoczenie jest piękne. Obawiam się, że unowocześnienie trybun mogłoby ten klimat mocno zaburzyć. Myślę, że prędzej czy później modernizacja trybun zostanie przeprowadzona, choćby ze względów bezpieczeństwa.
Obawiałem się o stan toru po remoncie, ale nawierzchnia została przygotowana bardzo dobrze. Kibice mogli zobaczyć kilka mijanek. Jedynie przy wyjściu z drugiego łuku kilka razy podniosło przednie koła zawodników, ale przyczyną była prawdopodobnie nierówno polana nawierzchnia. Myślę, że aktualnie poznański owal, choć nieco dłuższy, geometrią jest zbliżony do toru na Stadionie Olimpijskim.
Nie udało się niestety zbliżyć do kompletu publiczności na trybunach. Stadion ma oficjalnie pojemność zaledwie 6275 miejsc i jest trochę dziwne, że w ponad półmilionowym mieście nie można sprzedać takiej liczby biletów. Jednocześnie przyszła mi do głowy pewna myśl. Żużel nie jest sportem, który mieszkańcy stolicy Wielkopolski jakoś specjalnie kojarzą. W wielkim mieście, wśród mnóstwa opcji spędzania popołudnia, kibicowanie „Skorpionom” jest swego rodzaju folklorem, dzięki czemu przychodzą ci, którzy chcą obejrzeć żużel, a to przekłada się na atmosferę.
Podsumowując, Golęcin zyskał bardzo na sztucznym oświetleniu. Tor po zmianach prezentuje się obiecująco i wydaje się, że ma potencjał na fajne ściganie. Na razie mieliśmy pierwsze koty za płoty, a goście z „Żurawiem” (nie było tam niestety rzeszowian) mogli i powinni powalczyć bardziej.



















































