Planowałem wyjazd na majówkę, więc wypadało znaleźć jakiś cel. Najbardziej przypasował mi obiekt w Brokstedt, bo nie miałem jeszcze okazji go odwiedzić. Okazją był jeden z wielu towarzyskich turniejów indywidualnych, a konkretnie 3. Flensburger Pilsener Cup. Już po nazwie można było założyć, że piwa na stadionie nie zabraknie.
Droga przebiegła spokojnie. Na szczęście dla mnie większe korki na niemieckich autostradach były zawsze na drugim pasie. Na miejscu byłem nieco ponad godzinę przed rozpoczęciem zawodów. Przed stadionem jest sporych rozmiarów trawiasty parking, na którym niemało samochodów było już zaparkowanych. Podobnie jak w wielu innych miejscach, zawody żużlowe są swego rodzaju lokalnym świętem, więc kibice pojawiają się dużo wcześniej niż wynika to z oficjalnej godziny rozpoczęcia imprezy. Impreza rozpoczyna się w momencie przybycia i zarezerwowania stałego miejsca, czyli rozłożenia przyniesionych ze sobą krzesełek lub koców.
Po wejściu oczywiście rozpocząłem od obejrzenia obiektu i próby uwiecznienia go na zdjęciach. Długi (393 metry), płaski, czarny tor otoczony jest wałem, z którego dobrze ogląda się zawody. Wał jest na tyle wysoki i odpowiednio pochylony, że można spokojnie znaleźć tam miejsce, żeby usiąść na trawie. Przy swojej długości tor wydaje się dość wąski, szczególnie na łukach. Szeroka za to wydaje się być prosta startowa. Na przeciwległej prostej rośnie kilka drzew, pod którymi kibice znajdują schronienie przed słońcem. Generalnie otoczenie stadionu jest bardzo zielone.
Bilet na zawody kosztował 20 euro, a program był w cenie. To bardzo uczciwe, skoro większość jego treści stanowią reklamy, Można jednak coś przeczytać i – co ciekawe – można tutaj znaleźć informację o długości i rekordzie toru, co nie jest oczywiste w przypadku programów u naszych zachodnich sąsiadów.
Organizatorzy zebrali bardzo fajny skład. Nastąpiło trochę zmian, ale w sumie na torze zobaczyć można było 17 żużlowców (8 Niemców, 6 Duńczyków, 2 Polaków oraz Francuz), czyli rozegrano klasyczny 20-biegowy turniej w pełnej obsadzie wyścigów.
Rozpoczęło się od prezentacji. Zawodnicy podjeżdżali pojedynczo na linię startu, a potem było wspólne przedstawienie uczestników zawodów. Organizatorzy zapewnili wszystko, co niezbędne do przeprowadzenia zawodów: przygotowany obiekt, zawodnicy, sprzęt do równania i polewania toru, piwo i jedzenie. Warto dodać, że wszystkie punktu zrealizowane były naprawdę uczciwie.
Ponieważ słońce w majówkę świeciło bardzo mocno, na tor wylewano sporo wody. Mimo to kurzyło się niemiłosiernie. Same zawody były przede wszystkim okazją do pościgania się dla żużlowców i miłego spędzenia czasu dla kibiców. Zawodnicy starali się, było kilka mijanek. Trzeba też sobie uczciwie powiedzieć, że nie są one konieczne do bycia zadowolonym z uczestniczenia w takim żużlowym święcie.
Warto podkreślić, że tor naprawdę dobrze przygotowano, choć były to pierwsze tegoroczne zawody w tym miejscu. Był jeden uślizg i jeden poważniejszy upadek, na szczęście bez groźniejszych konsekwencji. Zawsze gdy pojawiają się młodzi Duńczycy, można liczyć na próbę walki i tak było właśnie w Brokstedt. Wychowani na swoich niełatwych owalach młodzi żużlowcy z kraju Hamleta mają sporo ochoty do jazdy i fajnie ogląda się takie ściganie.
Zawody wygrał Mateusz Tonder, który już na starcie odjeżdżał rywalom, a potem szybko i bezbłędnie podążał do mety. Na mnie największe wrażenie zrobił Jacob Bølcho, który w jednym z wyścigów gonił Bena Ikena, żeby wyprzedzić rywala śmiałym atakiem na samej linii mety.
Mi najbardziej podobała się jazda młodziutkiego Duńczyka Jacoba Bølcho. Poniżej zamieszam filmik z jednym z jego wyścigów (konkretnie bieg nr 15), w którym przebił się z czwartego na drugie miejsce, zdobywając dwa punkty na atakiem na ostatniej prostej.
Bezpośrednio po zakończeniu 20 wyścigu wyszedłem ze stadionu, żeby nie czekać w kolejce do wyjazdu, bo przede mną było jeszcze ponad 300 km do Randers. Nie wypełniałem tym razem programu, więc dopiero z oficjalnych wyników dowiedziałem się, że był wyścig dodatkowy.
Tak jak napisałem wyżej, młodzi Duńczycy ze swoją fantazją sprawdzają się doskonale w towarzyskich zawodach. Trochę zaskoczyła mnie postawa niemieckich zawodników, spośród których najlepsza była Hannah Grunwald. W ich jeździe czegoś brakowało. Czy chodzi o sprzęt, czy o ilość zawodów? Nie wiem. Coraz wyraźniej widać, że jeśli niemiecki zawodnik chce osiągnąć coś na arenie międzynarodowej w klasycznym speedwayu, to musi wyjechać ze swojego kraju. Cieszy to, że całkiem sporo zawodników jeździ za naszą zachodnią granicą dla przyjemności, ale dla wejścia na wyższy poziom konieczne jest nawet nie tyle częste ściganie się w innych krajach, co wyjechanie i regularna rywalizacja z żużlowcami prezentującymi profesjonalny poziom.

































































