Kolejnym etapem mojej szwedzkiej podróży było Nässjö, gdzie zaplanowany był turniej najniższej ligi szwedzkiej. Droga z Mariestadu minęła spokojnie, choć raz nawigacja pogubiła się na miejscowych remontach i sugerowała mi jazdę pod prąd. Do przejechania miałem niespełna 180 km, co przy tutejszych odległościach jest w zasadzie przejażdżką.
Już w drodze widziałem niepokojące chmury, deszcze i generalnie pogodę, której nie było w prognozach. Nie jechałem co prawda w deszczu, ale miejscami droga była mokra, czyli deszcz tam padał.
Na miejscu było oczywiście gorąco, choć ciemne chmury zwiastowały burzę. Przyjechałem nieco ponad godzinę przed rozpoczęciem zawodów, obszedłem trybuny tego obiektu, zjadłem małe co nieco i czekałem na pierwszy wyścig.
Tor w Nässjö jest krótkim owalem – ma zaledwie 290 metrów długości, a w środku oczywiście jest minitor. Łuki są wyraźnie podniesione, co widać chociażby podczas przejazdu polewaczki, która jedzie pod bandą dość mocno przechylona. Jeśli chodzi o trybuny, to na prostej startowej są drewniane miejsca do siedzenia i tam jest także miejsce, w którym można schować się przed słońcem. Reszta terenu okalającego tor, to trawa oraz parking i budynek. Całość jest bardzo zadbana. Trawa była niedawno wykoszona, toalety są czyściutkie, a na miejscu można kupić coś do picia i zjedzenia. Bardzo przyjemny obiekt.
Za pierwszym łukiem jest sporo drzew, które tworzą świetne tło i nadają klimat temu miejscu. Za prostą startową są tory kolejowe, ale pociągi jeżdżą tutaj dość rzadko. Do parkingu oczywiście można wejść, zrobić zdjęcia i porozmawiać. To jest również część klimatu takich zawodów. W programie przeczytałem, że startować będzie Dawid Owiżyc, więc poszedłem przywitać się z panią Joanną i panem Cezarym. Bardzo mili ludzie.
Warto jeszcze dodać, że obiekt jest nieco z boku dużego kompleksu sportowego. Ja zaparkowałem właśnie przy tym kompleksie, a potem zrobiłem sobie kilkusetmetrowy spacer. Przy bramkach zapłaciłem za wstęp i program. Co ciekawe, nie dostaje się tutaj biletów. Zresztą liczba kibiców jest taka, że przygotowywanie wejściówek byłoby niepotrzebnym wydatkiem.
O godzinie 13:00 żużlowcy wyjechali do pierwszego wyścigu. Jednak na ściganie trzeba było chwilę poczekać, bo maszyna startowa zadziałała tylko na wewnętrznym słupku. Chwila na poprawkę, trzy próbne start i zawodnicy wrócili pod taśmę.
Już po dotychczasowym opisie można domyśleć się, że takie zawody organizowane są przede wszystkim dla żużlowców. Kibice są dodatkiem, ale na miejscu mają wszystko, czego potrzebują. Pierwsze wyścigi pokazały, że poziom jest bardzo zróżnicowany, ale wszyscy chcą jechać i walczyć. To jest speedway w najczystszym wydaniu i cieszę się, że mogłem znów w takich zawodach uczestniczyć jako kibic.
Po czwartym wyścigu zaczęło lekko padać, pojawiły się grzmoty, ale organizatorzy wysłali na tor polewaczkę. Okazało się, że mieli rację, bo deszcz trwał kilka minut, burza przeszła bokiem, a potem wyszło słonce i zaczął się prawdziwy upał.
Samych zawodów nie będę opisywał, bo nie wyniki są tu najważniejsze. Zawodnicy walczyli, czasem skutecznie, czasem trochę przeszarżowali. Największym pechowcem był niewątpliwie Alexander Jakobsson Sundkvist, który po trzech niezłych startach, w kolejnym jechał na drugiej pozycji, ale przy wejściu w drugi łuk nienaturalnie wygięła się jego lewa noga, przez co musiał zjechać z toru. Wrócił do parkingu pieszo, ale bardzo mocno kulejąc. Mimo to stanął znów na starcie kolejnego wyścigu, prowadził, ale na pierwszym łuku trzeciego okrążenia postawiło jego motocykl, a on sam wyleciał w powietrze. Na szczęście po dłuższej chwili wrócił o własnych siłach do parkingu.
Często zdarzało się, że żużlowcy, którzy pojechali słabiej w kolejnych startach wygrywali. I odwrotnie. To jest pewnie specyfikach takich zawodów. Równy wysoki poziom trzymali Harry Lundahl, Anton Jansson i Oskar Evertsson. Najważniejsze było jednak to, że żużlowcy mogą realizować swoją pasję. Dwukrotnie zdarzyło się, że w walce zawodnicy upadali, a potem w bili pięścią w tor. Wracali do parkingu, za chwilę znów stawali pod taśmą i znów walczyli.
Dawid Owiżyc startował ze zmiennym szczęściem. W dwóch startach skutecznie zaatakował rywali: raz po zewnętrznej, raz przy krawężniku. Zdarzył się też uślizg i taśma, więc było różnie.
Dla mnie ciekawym doświadczeniem była możliwość porozmawiania z panem Cezarym i z panią Joanną. Jestem kibicem i niespecjalnie znam realia zawodników, dlatego zawsze trochę obawiam się, żeby nie palnąć czegoś głupiego. Dowiedziałem się sporo o relacjach między zawodnikami Stali Gorzów i Falubazu w latach 80-tych, ale też o zawodach, które miałem okazję obserwować i ogólnie o żużlu. Sporo, choć rozmawialiśmy tylko kilka chwil.
Na koniec jeszcze wspomnę o polewaczce i traktorze. Przed zawodami przespacerowałem się po torze i nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że stojące na minitorze pojazdy patrzą na mnie niczym mieszkańcy Chłodnicy Górskiej z pierwszej części bajki „Auta”. Zrobiły bardzo dobrą robotą. Przy takim upale oczywiście kurzyło się, bo nie mogło być inaczej, ale widziałem wiele profesjonalnych klubów, które nie potrafiły tak dobrze poradzić sobie podczas podobnej pogody.
Podsumowując: kolejny udany dzień, w którym mogłem cieszyć się oglądaniem speedwaya.

















































