Nadszedł czas na podejście do tematu, który kilka razy pojawił się w komentarzach na moim profilu na FB. Pan Marek Zawadka zasugerował, że warto podjąć kwestię zasadności biegu juniorskiego w zmaganiach ligowych w Polsce.
Stwierdziłem, że warto cofnąć się do początku lat 80-tych. Pewnie niejeden dzisiejszy kibic, gdyby oczywiście komuś chciało się sprawdzać takie rzeczy, zaskoczyłby się wynikami finału Młodzieżowych Indywidualnych Mistrzostw Polski w 1981 r., które zresztą odbyły się w Zielonej Górze. Wiem, że byłem na tych zawodach, ale miałem 7 lat i właściwie niczego z nich nie pamiętam, a kwestiami regulaminowymi nie zawracałem sobie głowy, bo nawet nie wiedziałem, że istnieją. Kiedy dziś sprawdzam wyniki, okazuje się, że zwycięzca, czyli Stanisław Pogorzelski, miał wówczas 23 lata, a srebrny medalista, czyli Marek Kępa, był o rok młodszy. Junior nie zawsze oznaczał limit wieku na poziomie 21 lat. W 1982 roku w składzie musiał być jeden zawodnik do lat 21 i jeden do lat 23. Obaj spośród pięciu programowych startów musieli odjechać co najmniej po dwa. W pozostałych mogli być zastępowani przez jednego z dwóch rezerwowych. Jako ciekawostkę dopiszę, że MIMP w 1982 roku były przeznaczone wyłącznie dla zawodników do lat 21.
Zmiana w ligowym regulaminie nastąpiła od 1983 roku, gdy w podstawowym składzie, czyli wśród sześciu zawodników z numerami 1-6 i 9-14, musiało znaleźć się po dwóch zawodników do lat 21, a każdy z nich musiał pojechać co najmniej po trzy wyścigi. Mocno ucierpiał wtedy Falubaz, bo Maciej Jaworek miał wówczas 23 lata. Zamiast wielkiej siły trzeba było wstawić nieopierzonego juniora. Dodam, że nie było wówczas wyścigów nominowanych, nie było biegu juniorskiego. Każdy z żużlowców podstawowego składu miał po pięć programowych startów. Juniorzy musieli pojechać po trzy razy, a od decyzji trenera (nie było pojęcia menadżera) zależało to, z jakim numerem wystartują i w których trzech swoich startach pojawią się na torze. Dodatkowo junior dostawał najczęściej pola zewnętrzne, bo regulamin dopuszczał zamianę pól startowych zawodników z pary.
Junior ścigał się wówczas bez taryfy ulgowej i najczęściej przywoził zero lub jedynkę. Warto jednak przypomnieć Ryszarda Dołomisiewicza, Piotra Śwista, jak również Falubaz z 1988 roku, gdy obok Andrzeja Huszczy w składzie było… siedmiu młodzieżowców. Warto zaznaczyć, że trener musiał zadeklarować w takim przypadku, którzy juniorzy będą wypełniać obowiązkowe starty zawodnika młodzieżowego.
Czy był to dobry system? Nie można tego zweryfikować po wynikach na arenie międzynarodowej, bo polscy zawodnicy po wprowadzeniu stanu wojennego mieli najpierw bardzo ograniczoną możliwość startu w lidze angielskiej, a od 1984 r. nie brali w niej udziału, przez co stracili kontakt z czołówką oraz nowościami sprzętowymi. Wszystko zależało oczywiście od szans, które młodzi żużlowcy dostawali, od samozaparcia i sytuacji zespołu. To była na pewno bardzo twarda szkoła, bo młody nie bardzo mógł gwiazdorzyć, nie mając wyników.
Kolejna zmiana w regulaminie nastąpiła od 1994 roku, gdy juniorzy zostali wstawieni pod numery 6-7 oraz 14-15, otrzymali po trzy programowe starty oraz wyścig juniorski, którym wówczas był VII bieg. Czym podyktowana była zmiana? Nie wiem. Zakładam, że przy dużo większych pieniądzach chodziło o uatrakcyjnienie spotkań, a przede wszystkim pojedynek najlepszych żużlowców z obu drużyn w XV wyścigu. Wyścig juniorów spowodował, że w połowie spotkania można było cztery ważne „oczka” zyskać lub stracić. Biorąc mecz całościowo, juniorzy stali się zdecydowanie ważniejszym ogniwem zespołu niż miało to miejsce dotychczas, bo czasem wystarczyła zupełnie przeciętna para młodych żużlowców, żeby na swoich słabszych rywalach zyskać aż sześć punktów.
Nie da się nie zauważyć, że w 1996 roku w Olching Piotr Protasiewicz rozpoczął piękny czas polskiego żużla juniorskiego na arenie międzynarodowej. 15 medali w 12 lat (1996-2007), w tym aż 7 złotych. Polska zaczęła być zauważana w kwestii organizacji imprez z wyższej półki, dzięki czemu w tym okresie 4 finały IMŚJ zostały rozegrane w naszym kraju, co miało na pewno wpływ na zakres tego sukcesu. Trudno oczywiście sądzić, że 30 czy 40 wyścigów (nie zawodów) w sezonie może tak znacząco odmienić postawę polskich juniorów. Wg mnie biegi juniorskie zmieniły podejście do młodych zawodników. Otwarcie na zawodników zagranicznych w polskiej lidze, uczenie się profesjonalizmu, dostęp do dużo wyższej klasy sprzętu – to miało dużo ważniejsze znaczenie. To dawało pewność siebie, pewność umiejętności, pewność sprzętu. Nie da się ukryć, że nowe przepisy rozpoczęły handel juniorami. O ile Piotr Protasiewicz zapewne i tak odszedłby z Zielonej Góry, gdzie nie było wówczas perspektyw do rozwoju, to kwestia Rafała Okoniewskiego i wyrównania rekordu wysokości kwoty transferowej (pierwszym był Tomasz Bajerski, ale on miał 22 lata, gdy przechodził do klubu z Gorzowa Wlkp.), rozpalała ówczesne środowisko. I to w czasach gdy nie było Sportowych Faktów, ani red. Ostafińskiego. Były głośne zmiany barw Roberta Dadosa, Krzysztofa Cegielskiego, Jarosława Hampela, Roberta Miśkowiaka. To, co jeszcze 10 lat wcześniej było niemalże nie do pomyślenia nagle stało się codziennością.
Wydaje mi się, że to wystrzelenie talentu polskich juniorów miało jeszcze jedną przyczynę. O ile jeszcze w latach 80-tych, gdy żużel funkcjonował w zupełnie innych realiach, gdy trudno było przebić się młodym zawodnikom do składu, to lata 90-te przyniosły wielkie pieniądze, jeszcze większe obietnice, bogatych sponsorów oraz niewypłacalność klubów. Ogólnie mówiąc – bardzo nieustabilizowany grunt. Jeśli dołożyć do tego potrzebę droższego, wyższej klasy sprzętu, to dostaniemy przepis na powolne odchodzenie części seniorów wychowanych w innych czasach. To miejsce trzeba było zapełniać kimś innym i stąd także eksplozja młodych talentów.
Nic jednak nie trwa wiecznie. Rynek nasycił się młodymi zawodnikami i wróciliśmy właściwie do punktu wyjścia, czyli przebijali się ci lepsi – grupa 5-7 zawodników, a ci słabsi uzupełniali stawkę. Juniorzy byli postrzegani jako zło konieczne i szybko kończyli przygodę z speedwayem, nie mając wielkich szans już nie tyle na rozwój, co nawet na regularne starty.
Przełom nastąpił od sezonu 2006, gdy wprowadzono możliwość stosowania juniora zagranicznego. Pomysł funkcjonował przez pięć lat, czyli do 2010 roku włącznie. Emil Sajfutdinow, Chris Holder, Jurica Pavlic, Troy Batchelor, Martin Vaculík, Tai Woffinden, Darcy Ward, Nicolai Klindt – to właśnie pokolenie tamtego czasu. Polacy mogli wówczas „przeciwstawić” Macieja Janowskiego czy Grzegorza Zengotę. Powoli jednak wchodziło na nowy rynek z nowym popytem na polskich juniorów kolejne pokolenie. Zawodnicy już właściwie ukształtowani w wieku juniora. Synowie lub bracia żużlowców. Pokolenie mające talent, ale też mające za sobą wsparcie ludzi znających realia. Patryk Dudek, Przemysław i Piotr Pawliccy, Bartosz Zmarzlik, którzy wespół z Maciejem Janowskim zapewnili Polsce medale IMŚJ przez kolejne kilka lat. Czy pomogły im wyścigi juniorskie? Bądźmy poważni. To zawodnicy, którzy już w wieku 18 czy 19 lat mieli podpisane kontrakty w Danii, Szwecji, Anglii i tam uczyli się speedwaya bez taryfy ulgowej.
Niestety, polscy działacze wpadli na koszmarny pomysł ograniczania startów w ligach zagranicznych dla zawodników z kontraktami w Ekstralidze. Kto ucierpiał na tym najbardziej? Dokładnie – jakość polskich młodzieżowców. Nadrabiamy co prawda medalami IMŚJ, bo żużlowy świat zwyczajnie zwija się i mamy coraz mniejszą konkurencję, ale już na wyższym poziomie nie dajemy rady. Są oczywiście wciąż żużlowcy młodszego pokolenia, którzy jeżdżą w ligach zagranicznych, ale jest to jest niewielki procent polskiego szkolenia. Z zawodników U24 są Mateusz Cierniak, Bartłomiej Kowalski, Wiktor Przyjemski, będzie Maksymilian Pawełczak. Ale przecież juniorów mamy grubo ponad stu. Co z resztą?
Kto z Polaków zdobywał medale w SGP po 2010 roku? Wspomniani Bartosz Zmarzlik, Patryk Dudek, Maciej Janowski, Krzysztof Kasprzak (kontrakt z Poole Pirates w wieku 19 lat), Jarosław Hampel (kontrakt z Ipswich Witches w wieku 18 lat).
Kiedy po raz ostatni junior zdobył medal IMP? Bartosz Zmarzlik w 2015 roku. Przez ostatnie 10 lat medali IMP zdobyło zaledwie ośmiu zawodników!!! Gdzie jest młode pokolenie?
Pisałem wiele razy o bezsensownym formacie szkolenia w Polsce. Dodam, że niedawno w Speedway Star był artykuł dotyczący wpływu polskiej ligi na speedway jako całościową dyscyplinę. I tam też była mowa właśnie o juniorskich przepisach jako jednym z najbardziej patologicznych przykładów regulaminu.
Podsumowanie? Bieg juniorski jest niestety narzędziem regulaminowym, który pozornie daje młodym zawodnikom podmiotowość, a tak naprawdę przyzwyczaja do pewnych przywilejów. Po ukończeniu 21 lat taki młody zawodnik jest najczęściej wyrzucany z klubu jako nikomu niepotrzebny balast. Wszystkie pieniądze wywalone na wyszkolenie i „obsługę” juniora dotyczą tylko kwestii bieżących i to tylko w zakresie, który jest potrzebny klubowi. Młodzi zawodnicy z jednej strony powinni wiedzieć, że jeśli sami nie zadbają o swoją przyszłość, to nikt im nie pomoże. Jednocześnie nie mogą nic zrobić bez zgody klubu, czyli stają się de facto niewolnikami systemu. I tylko ci, którzy mają argument startują zagranicą, dzięki czemu mogą się rozwijać. Jak jest zatem korzyść z biegów juniorskich?
Jestem kibicem, który patrzy na żużlową rzeczywistość z perspektywy wielu lat i pewnie też z perspektywy bańki, w której żyłem w latach 80-tych. Patrzę też z perspektywy moich wyjazdów na niszowe imprezy. Widzę jak bardzo zmieniła się rzeczywistość pod kątem obecności w mediach, choć w tym natłoku tzw. informacji czasem ciężko jest znaleźć naprawdę ważne dane. Z czym kojarzy mi się zatem to pozorne wzmocnienie roli juniora? Często z wizerunkiem i wielkimi busami w barwach sponsorów, należącymi do młodych ludzi, którzy w gruncie rzeczy niewiele jeszcze w żużlu osiągnęli i prawdopodobnie niewiele w żużlu osiągną.

