Tor w Lipsku – Żywe (jeszcze) muzeum speedwaya

Bardzo lubię być na żużlu i poznawać nowe obiekty, a szczególnym przypadkiem są tory wracające po latach niebytu, bo takie przypadki zdarzają się rzadko. Tor w Lipsku odżył kilka lat temu, a okazją do odwiedzin był organizowany w sobotę turniej Speedway Paar-Cup, czyli prawdopodobnie Mistrzostwa Niemiec Par.

Z informacji, które udało mi się znaleźć na stronie speedway-forum.de, tor w Lipsku na długość 395m, ale proste nie są tutaj tak długie, jak chociażby w Abensbergu czy Landshut, za to zawodnicy muszą długo jechać ślizgiem kontrolowanym. W serwisie również znaleźć ciekawostkę, że rekordzistą owalu jest (był) Ryan Sullivan, który 12 maja 1996 r. przejechał cztery okrążenia w czasie 69,88s. Niemcy nie przykładają specjalnej wagi do rekordów toru, ale podczas sobotnich zawodów prawdopodobnie podawane były czasy poszczególnych biegów. Tor jest dość wąski, szczególnie przy wejściach w łuki, co dodatkowo widać przez zamontowanie dmuchanych band. Wysoki i stromy wał ziemny, który pełni rolę trybun, można obejść dookoła, a na wysokości pierwszego łuku przechodzi się przez… parking.

Na stronie miejskiej Lipska jest informacja, że obiekt posiada 300 miejsc siedzących i 3000 stojących. Chyba administrator tej strony dawno nie odwiedzał ulicy Cottaweg, albo doszedł tylko do centrum treningowego RB Lipsk, sąsiadującego z Motodromem. Chociaż tor żużlowo był uśpiony przez wiele lat, to obiekt w jakiś sposób był pewnie wykorzystywany, co widać chociażby po konstrukcjach obecnych na murawie.

Kilka dni przed wyjazdem poznałem listę startową, więc liczyłem się z tym, że zawody będą mocno offowe. Zresztą poziom sportowy jest kwestią drugorzędną, bo sama możliwość oglądania ludzi lubiących ścigać się na motocyklach bez hamulców jest już frajdą. Tak naprawdę żużel istnieje dzięki pasjonatom, bo patrząc na koszty i niebezpieczeństwo uprawiania tego niszowego sportu ekstremalnego, samo jego istnienie jest swego rodzaju fenomenem. Pod względem organizacyjnym jednak rzeczywistość zdecydowanie przerosła wszystko to, co mogłem sobie wyobrażać o niszowości tej imprezy. Całość miała składać się z osiemnastu wyścigów, ale po niemalże czterech godzinach zakończono zawody na piętnastu biegach.

W turnieju występowało sześć zespołów, więc w każdej serii rozgrywane były trzy wyścigi, ale najwyraźniej ktoś przekombinował, bo okazało się, że w poszczególnych seriach jedna ekipa występowała dwa razy, a jedna miała w tym czasie przerwę, co sprawiało, że w celu zaliczenia wyników trzeba było odjechać wszystkie piętnaście regulaminowych wyścigów. Start do pierwszego wyścigu planowany był na godz. 16:00, ale już podczas próby toru widać było, że tor rozsypuje się na drugim łuku i sprawia trudności słabszym zawodnikom. Próbowano więc nawierzchnię polewać i ubijać dostępnymi środkami, których zbyt dużo jednak nie było. W końcu o 16:30 rozpoczęła się prezentacja, przeprowadzana ciekawie, bo to zawodnicy przez mikrofon sami się przedstawiali. Potem wyjechała polewaczka, a o godz. 16:45 wystartował pierwszy wyścig. Seria rozpoczynająca zawody przebiegła w miarę sprawnie, potem znów wyjechał sprzęt do równania nawierzchni, ale kwestię skuteczności tych prac opiszę za chwilę. O godz. 17: 16 ruszył czwarty wyścig, a trzy minuty później – piąty. I tutaj mieliśmy dalszy ciąg problemów, bo na nieszczęsnym drugim łuku drugiego okrążenia w jedną z kolein wjechała Patricia Erhart. Zawodniczce podniosło przednie koło, po czym zakończyła niestety tą przygodą na bandzie. I żarty się skończyły. Znów wyjechał sprzęt… Po stu minutach od planowanego rozpoczęcia mieliśmy rozegrane… cztery wyścigi.

Tym razem zajęto się poważniej koleinami na drugim łuku i udało się tą część toru doprowadzić do stanu używalności, ale przed dziesiątym biegiem, chwilę po polaniu nawierzchni, zaczął padać deszcz. Początkowo delikatnie i nie bardzo rozumiałem dlaczego zawodnicy nie wyjeżdżają na tor. Po jakimś czasie zaczęło padać mocniej, a wtedy o jeździe nie było już mowy. I znów bezsensownie stracono czas. W końcu z parkingu wyjechał traktor, pamiętający czasy NRD i zaczął rozwozić błoto, a nawierzchnią spod bandy przykrywać gorsze miejsca na łukach. Ponieważ wciąż lekko padało, a my nie bardzo wierzyliśmy w sensowność tych prac, więc wyszliśmy z obiektu. Okazało się jednak, że organizatorzy doszli do wniosku, że można jechać i puszczono zawodników na tor będący, wg mnie, w dużo gorszym stanie niż w momencie rozpoczęcia opadów. Wróciliśmy więc na obiekt i dotrwaliśmy do końca. Na szczęście nie równano już toru między czwartą a piątą serią i jakoś na siłę udało się odjechać część zasadniczą, rezygnując z serii finałowej. Pod względem sportowym niewiele się zmieniło, czyli lepsi zawodnicy radzili sobie bez problemów, a słabsi wchodzili w drugi łuk bez gazu.

I w końcu przejdę do części opisującej kwestie organizacyjne. Gastronomia, śmietniki, toalety są przydatne, ale nie są konieczne. Wszystko to jakoś działało, choć tylko w jednym miejscu na całym sporym obiekcie. Natomiast w temacie obsługi parkingu, sprzętu do przygotowywania toru mam wrażenie, że klub w dużej pozostał jeszcze czasach słusznie minionych i dlatego napisałem w tytule, że jest to żywe muzeum speedwaya. Można potraktować taką sytuację, jako swego rodzaju folklor i trzeba uwzględnić to przy okazji ewentualnej obecności kiedyś w przyszłości. Nie wiem czy gdziekolwiek indziej jest taka prowizorka dotycząca polewaczki – na starej Ifie, zamontowane są cztery 1000-litrowe zbiorniki, a polewanie włącza człowiek sterujący pompą za kabiną kierowcy. Oczywiście wcześniej obaj muszą ustalić jak i gdzie będą polewać. Skoro rozwiązanie działa, to znaczy, że jest dobre, ale akurat w lipskim przypadku lewa dysza tej polewaczki polewała słabiej, a między strumieniem z lewej i środkowej dyszy zostawał pasek suchego, niezroszonego toru. I właśnie te suche paski przyczyniały się do powstawania długich rynien, takich jak ta, w którą wjechała Patricia Erhart.

Ogólnie wyjazd był ciekawy, ale wymagający dużo cierpliwości, więc jeszcze nie do końca udało mi się zaakceptować to wszystko co tam widziałem. Zawody skończyły się dużo później niż przewidywałem. W Lipsku trzeba mieć zieloną naklejkę, żeby wjechać do centrum, więc musieliśmy wrócić na parking P+R, a w domu byłem po godz. 1:00. Mam jednak ogromny szacunek dla dziewczyn, które z kolorowymi parasolami przez cztery godziny z równym entuzjazmem tańczyły przed taśmą, a w czasie równania toru tańczyły dla kibiców.

Cały czas nie mogę zrozumieć jak działa niemiecki żużel. Najwyraźniej jest sporo wewnętrznych sporów, wcześniej pomiędzy klubem z Wittstock a resztą, a teraz ta przypadłość dotknęła chyba także Landshut. Mistrzostwa par, to nie jest pewnie jakaś prestiżowa impreza, ale jest to dziwne, że dniu, w którym rozgrywana jest mistrzowska impreza organizowana przez niemiecką federację, klub z Landshut startuje w polskiej lidze. Zresztą sam fakt, że nie wystartowała Bundesliga, a rozgrywki ograniczono do jednego turnieju świadczy o kryzysie w tym środowisku. I mimo wszystkich rzeczy, które mnie zaskoczyły w Lipsku trzeba wspierać te lokalne środowiska, dzięki którym ta dyscyplina wciąż żyje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *