W sobotę odbyła się Gala Mistrzów Sportu, podczas której ogłoszono wyniki 91. Plebiscytu „Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Sportowca Roku. W zasadzie precyzyjniej byłoby nazwać to głosowanie plebiscytem na najpopularniejszego sportowca, bo trudno porównać boks z tenisem, wioślarstwem czy żużlem, nie mówiąc już o dyscyplinach wybitnie drużynowych. Jak zwał, ta zwał. Wiadomo o co chodzi.
Wiadomo także, że głosować można na sportowców nominowanych przez dziennikarzy „Przeglądu Sportowego” oraz Kapitułę, czyli w dużej części ludzi z Warszawy, bo tam mieściła się powojenna redakcja „Przeglądu Sportowego”. Przez dziesięciolecia królowały lekkoatletyka, kolarstwo, podnoszenie ciężarów, szermierka. To nie zawsze musiały być dyscypliny, które zapełniają stadiony czy hale sportowe. Za to nagradzano sportowców odnoszących przede wszystkim sukcesy indywidualne, o których mówiono w środkach masowego przekazu. Jedynym żużlowcem, który do 1980 roku zajął miejsce na podium tego plebiscytu był Jerzy Szczakiel – po zdobyciu Mistrzostwa Świata w 1973 roku zajął w plebiscycie 3. miejsce, za dwoma kolarzami. Przez 13 lat (1980-1992) nie było żadnego żużlowca w najlepszej dziesiątce, bo też nie było sukcesów, a światowy speedway odjechał nam dramatycznie w latach kryzysu lat 80-tych, do czego przyczynił się zakaz startów polskich zawodników w lidze angielskiej.
Dopiero w latach 90-tych, dzięki uporowi i nierzadko szaleńczej walce Tomasza Golloba żużel zaczął przebijać się do mediów ogólnopolskich. I właśnie dzięki takiemu ogólnosportowemu plebiscytowi, organizowanemu przez ludzi ze Stolicy, możemy realnie spojrzeć na istnienie speedwaya w świadomości przeciętnego polskiego kibica sportowego. Przecież stadiony żużlowe w latach 70-tych, 80-tych, 90-tych gromadziły dużo więcej ludzi niż stadiony piłkarskie, czy hale koszykarskie, siatkarskie, itp. A mimo wszystko żużel w mediach nie był ani sportem nr 2, ani nr 3, ani nawet nr 8.
I cóż z tego, że po 1990 roku masowo ściągano do polskiej ligi wszystkich najlepszych żużlowców świata? Niewiele to zmieniło, poza tym, że jeden jedyny Tomasz Gollob był nominowany, dzięki czemu został jedynym kojarzonym ówcześnie w świadomości przeciętnego Polaka polskim żużlowcem. Mistrzostwo Świata było z tej perspektywy ostatnim słowem Tomasza Golloba w plebiscycie, bo nie odniósł już więcej indywidualnych sukcesów na arenie międzynarodowej, a wypadek w 2013 r. w zasadzie był końcem pewnej epoki.
Koniec epoki Wielkiego Mistrza otworzył drzwi innym. Pojawili się Jarosław Hampel, Krzysztof Kasprzak, Bartosz Zmarzlik, Patryk Dudek, ale żaden z nich wówczas niespecjalnie zaistniał w świadomości przeciętnego polskiego kibica. Dopiero era Bartosza Zmarzlika od 2019 r. rozpoczęła jego panowanie, a reklama Orlenu pokazała go szerszej publiczności, niejako zamykając przy okazji drzwi innym.
Taka jest na dzień dzisiejszy prawda o polskim żużlu – w świadomości przeciętnego Polaka nie ma miejsca na więcej niż jednego znanego polskiego zawodnika. Problem polega na tym, że kibice ligowego speedwaya, zamknięci w bańce stworzonej przez Ekstraligę, chyba nie bardzo mają tego świadomość.
Wiem, nie ma sensu dorabiać wielkiej ideologii do głosowania na najpopularniejszego sportowca, bo to nie są wymierne wyniki. Natomiast warto przejrzeć wyniki tego konkursu popularności, bo on daje obraz popularności dyscypliny. Jak widać, wielkie pieniądze (w porównaniu z siatkówką, koszykówką, wioślarstwem czy ścianką wspinaczkową) nie są w stanie zmienić braku obecności speedwaya w ogólnopolskich ogólnodostępnych mediach (dziś chodzi bardziej o portale niż gazety czy telewizję). Liga nie przyciąga uwagi nikogo poza ligowymi kibicami, bo zamknięcie speedwaya w płatnych telewizjach dało pieniądze działaczom, ale na dłuższą metę izoluje ten sport od świadomości przeciętnego Polaka, do którego przecież próbuje trafić Ekstraliga. W naszym kraju mamy tylko 23 ośrodki żużlowe, z czego właściwie jeden jest rozpoznawalny w wielkim mieście (Wrocław). Rozpoznawalność żużla w Łodzi, Poznaniu, Krakowie, nie mówiąc już o Warszawie jest daleka od oczekiwań, a czasem wręcz żadna.
Zobaczymy jak będzie to rozwijało lub zwijało w kolejnych latach. Wg mnie działacze PZM zamknęli ten sport w bańce, gdzie kibice nawet nie tyle nie mogą, co nie chcą skonfrontować naszej rzeczywistości ze światem dookoła. Ważne, że to my jesteśmy najlepsi, a inni są przeciwko nam. Kilka książek o takim sposobie rządzenia już napisano…

