I żużlowy weekend 2010

Kibice w końcu mogli przeżyć pierwszy w tym sezonie prawdziwy żużlowy weekend. W sobotę początek rozgrywek Grand Prix, w niedzielę trzy mecze ekstraligowe poza tym mecze w niższych ligach. Świetna pogoda pozwoliła na rozegranie wszystkich zaplanowanych spotkań.

Grand Prix na pewno zaskoczyło wielu. Ja osobiście postawiłem u buka na zwycięstwo Jarosława Hampela (tak naprawdę dlatego, że kurs był niezły) i wiele się nie pomyliłem. Niestety pozostała tylko satysfakcja, bo pieniądze przepadły. Z braku dostępu do Canal+ pozostało mi tylko śledzenie wyników na żywo w internecie. Niestety nasza telewizja publiczna nie stanęła na wysokości zadania i nie wspomogła choćby skrótami z tego turnieju. Cóż, brak słów…

Jeśli chodzi o stronę sportową, to skupię się raczej na pozytywach. Oczywiście trudno wyciągać jakieś sensowne wnioski po jednym turnieju, tym bardziej, że był rozgrywany na torze w Lesznie, gdzie dużą rolę odgrywa moc silnika. Widać jednak pewną zmianę pokoleniową. Bardzo dobre występy tych młodszych były oczywiście przeplatane słabszymi, ale jednak widać, że jest spory postęp w tym zakresie. Wygrał co prawda Jason Crump, ale inni weterani musieli się zadowolić odległymi miejscami. Frycowe zapłacił młodziutki Anglik Tai Woffinden, ale trzeba pamiętać, że w przerwie zimowej zmarł jego tata, który był oprócz oczywiście roli ojcowskiej także doradcą żużlowym. W sumie (z tego co przeczytałem) bardzo fajny turniej. I bardzo dobrze.

Ja oczywiście bardziej niż turniejem GP, który traktuję jednak jako pewnego rodzaju ciekawostkę, interesowałem się zaległą kolejką ekstraligową. Tym razem TVP spisała się bardzo dobrze i puściła na ogólnodostępnym kanale Info (przynajmniej w województwie lubuskim) aż dwa mecze. Trochę bałem się występu Falubazu w Toruniu. W końcu jazdy za wiele nie było, a jednak Unibax to solidna drużyna będąca rzeczywiście w pełnym tego słowa znaczeniu drużyną. W sumie wyszło całkiem fajnie i pomimo przegranej „Motomyszom” należą się słowa uznania. Nie poddali się i na toruńskim betonie sprawili, że po XIII biegu pewni siebie gospodarze mieli trochę cieplej w pewnej części garderoby. Można oczywiście gdybać, co by było jakby sędzia nie wykluczył Aleksandra Loktajewa w I wyścigu, kiedy na ostatnim łuku, jak się wydaje, czysto zaatakował Darcy’ego Warda, pomijając fakt, że zawodnik Falubazu był z przodu przy wejściu w łuk. Na pewno nie wykonał żadnego ruchu, który mógł wytrącić Australijczyka z obranego toru jazdy. Tyle, że mistrzowi świata juniorów nie wypada przegrywać 16-letnim Rosjaninem, o czym dobrze wiedział fachowy sędzia Piotr Lis, znany ze wspaniałego pomysłu rozegrania sławnego meczu w Tarnowie. Szkoda straty kilku pozycji na dystansie, ale w sumie według mnie ocena postawy zawodników Falubazu jest pozytywna. Jeśli  chodzi o walkę o skład (co samo w sobie nie działa chyba na korzyść drużyny), to jednak N. K. Iversen zaprezentował się dużo lepiej niż Grześ Zengota i bardziej zasługuje na jazdę w kolejnym meczu. Jednak punktów nie zdobył, więc pewnie wyleci ze składu na następne spotkanie.

Kiedy patrzy się na statystykę meczową, w oczy rzuca się ilość indywidualnych zwycięstw gości – aż 9, czyli 60% wyścigów wygrali zielonogórzanie. Podstawa do zwycięstw więc jest. Problemem jest jednak ilość ostatnich miejsc. Aż jedenaście razy nie dowieźliśmy punktów do mety, a co gorsza, każdy zawodnik przywiózł co najmniej jedno zero. Na pewno trzeba popracować nad tym mankamentem. Widać, że indywidualne wygrywanie biegów nie wystarczy, potrzeba wsparcia, bo nawet jedna podwójna przegrana może spowodować porażkę w całym meczu.

Myślę, że spokoju po tym pojedynku nie będzie także w Toruniu. Wymęczona wygrana z pozbawionym własnego toru Falubazem chluby na pewno „Aniołom” nie przyniosła. Najgorsze jest chyba to, co działo się poza torem – puste trybuny. Nie wiem czy powodem jest protest kibiców, czy zbyt wysokie ceny biletów, czy zła atmosfera wokół klubu. Podobno były w Toruniu jakieś inne imprezy (mecz pierwotnie miał być rozegrany przecież tydzień wcześniej), jednak jeśli jeszcze kilka razy powtórzy się taka sytuacja, to po pierwsze, będzie spora dziura w klubowej kasie, a po drugie atmosfera siądzie jak we Wrocławiu i okaże się, że pieniądze wydane na budowę stadionu, zostały troszkę wyrzucone w błoto. Na pewno nie poprawia tutaj niczego przygotowanie toru. Perfidny beton powoduje, że na łukach bandę można spokojnie przesunąć o kilka metrów, bo 40% szerokości toru w zupełności wystarcza. Można powiedzieć, że przecież były mijanki. To prawda. Tyle, że częściej były one spowodowane odejściem od krawężnika niż przemyślanym atakiem zawodnika jadącego z tyłu. Ale to nie mój problem, tylko działaczy z Torunia, którzy chyba idą w słabym kierunku.

Z niemałym zainteresowaniem czekałem na drugi mecz: Wrocław – Gorzów. Spodziewałem się lepszej postawy gospodarzy, a w szczególności Jasona Crumpa, który wygrał sobotnie GP w Lesznie. Kangur przywiózł 7 oczek, nie wygrywając wyścigu, za to oddając bez walki najważniejszy pojedynek. Z kolei Gorzów tym razem był, można powiedzieć, jakimś zalążkiem drużyny. Wszyscy dowozili punkty, a każdy z seniorów wygrał przynajmniej raz. Do idylli jeszcze jednak sporo brakuje. Jakimś ułatwieniem na pewno była dla gorzowian kontuzja Piotra Świderskiego, który musiał odpuścić aż trzy wyścigi.  Oczywiście nie zawinili w niej goście wbrew temu co mówił trener wrocławian Marek Cieślak, który ocenił sytuację chyba zbyt emocjonalnie. Już przy wejściu w łuk było wiadomo, że będzie ciasno i pachniało wypadkiem. Daniel Jeleniewski pojechał zbyt ostro i wytrącił z rytmu Nickiego Pedersena, który z kolei stuknął P. Świderskiego. Klasyczne domino. Cała sytuacja nie wyglądała tak dramatycznie, jednak P. Świderski nie zdołał spaść ze swojego motoru i chyba jakoś się do niego przyczepił wylatując przez kierownicę i jednocześnie wyrzucając motor do góry. Miał naprawdę wiele szczęścia w tym całym nieszczęściu. Gdyby motor spadł kilka o centymetrów bardziej w prawo, mogło dojść do prawdziwej tragedii. Kończąc temat tego meczu, po raz kolejny raz okazało się o ile lepszym taktykiem jest Czesław Czernicki od Stanisława Chomskiego. Czesio próbuje kombinować, nikt nie jest pewien startu. Dla Staszka najważniejsza jest matematyka, kto ma więcej punktów, ten jedzie. CzeCze odstawił Mateja Zagara przed XIV wyścigiem, mimo iz Słoweniec miał więcej punktów od Tomasza Gapińskiego i Davida Ruuda. Ci dwaj przywieźli niby tylko remis, jednak ich zadaniem było przede wszystkim pozostawić jakieś szanse najlepszej parze w ostatnim pojedynku i to się udało. Zresztą nie jestem przekonany, że Zagar pojechałby lepiej.

Pozostał ostatni pojedynek pomiędzy Częstochową a Bydgoszczą. Bohaterem był niewątpliwie Grzegorz Walasek, który zdobył czyściutki komplet punktów. Pewnie pojawią się głosy, że trzeba było go zostawić w Falubazie i dać mu trochę większą gażę. Ja akurat nie podzielam tego zdania. Nie chciał tu jeździć, to nie i sprawa zakończona. Będę obserwował Walasa. Zobaczymy jak pojedzie w innych meczach, bo akurat ten przeciwnik, przy całym szacunku, był po prostu słaby. To, że Częstochowa wygrała nie świadczy bynajmniej o jej sile, a o słabości Polonii. Po raz kolejny potwierdziło się, że Emil Sajfutdinow traci dzień po GP dobre 30% wartości, a kompletnym frajerstwem popisali się Andreas Jonsson i trener gości Jacek Woźniak. Obaj panowie powinni odbierać gratulacje od gospodarzy. Pierwszy za to, że w trzyosobowej stawce (dwóch bydgoszczan na jednego częstochowianina), kiedy potrzeba co najmniej dwupunktowego zwycięstwa – dotyka taśmy, a drugi za to, że ustawia jako rezerwowego zawodnika, który i tak zawsze zastępuje juniora. Efekt – w wyścigu ostatnim nie może wprowadzić zmiany za pierwszego frajera, bo… rezerwowy odjechał już wszystkie dopuszczalne regulaminem wyścigi. Chyba nawet najspokojniejszym kibicom Polonii nerwy puściły, a w całym mieście było pewnie słychać głośne „ku..a mać” lub druga wersja „o ja pier…lę”. Myślę, że niektórzy kibice mogli nawet utworzyć sumę obu zbiorów.

Na pocieszenie dla przegranych: prawdziwa jazda zaczyna się w sierpniu. Na razie mamy tylko mecze o pietruszkę. Byle wejść do szóstki z w miarę dobrą atmosferą, a potem można walczyć o mistrza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *