Sebastian Niedźwiedź – pech, kontuzje, Falubaz

Kolejni zawodnicy ogłaszają zakończenie kariery, a wśród nich jest 23-letni Sebastian Niedźwiedź. Z jednej strony szkoda, że tak młody zawodnik rezygnuje z jazdy, ale jednocześnie akurat w jego przypadku dalsze uprawianie czarnego sportu byłoby zwyczajnie narażaniem się na trwałe kalectwo. Najgorsze w tej w sumie smutnej przygodzie ze speedwayem jest wg mnie to, że ten chłopak wciąż popełniał te same błędy.

Informacja o decyzji Sebastiana Niedźwiedzia dotyczącej zakończenia kariery w zasadzie nie powinna być wielkim zaskoczeniem, bo przecież przez ostatnie dwa sezony nie odjechał nawet porządnych pięćdziesięciu wyścigów. Z drugiej strony jednak to ile zaangażowania było w jego powrotach, chęci udowodnienia swojej wartości, chęci bycia dostrzeżonym, powroty po koszmarne kontuzjach i… koniec w wieku 23 lat?

O Sebastianie mówi się, że jest największym pechowcem polskiego żużla i pewnie rzeczywiście tak jest, bo nawet ostatniej kontuzji zakończonej wyjazdem do szpitala doznał podczas… chodzenia w parkingu. Ja jednak proponowałbym troszkę inaczej spojrzeć na jego karierę. Dla mnie on i jego sztab pozostaną przede wszystkim niedoścignionymi mistrzami złych decyzji i nieznajomości realiów polskiego żużla. Niestety.

Małe przypomnienie kilku faktów. Sebastian zdał egzamin na licencję żużlową w 2013 roku, w wieku 16 lat. W tymże roku formalnie ma w statystykach ligowych cztery wyścigi, ale dwukrotnie nie stanął po taśmą, raz był wykluczony po upadku, a raz dotknął taśmy. Rok później odjechał dziesięć spotkań w II lidze w barwach macierzystego klubu, uzyskując w swoim prawdziwie debiutanckim sezonie ligowym średnią 1,290, czyli uzyskał wynik co najmniej przyzwoity. I od tego zaczynają się właśnie wspomniane decyzje, za którymi stoją zapewne obietnice działaczy, mniej lub bardziej wirtualne pieniądze i jakaś dziwna naiwność.

Po jednym sezonie w II lidze wyruszył na podbój I ligi – do Łodzi. Fakt, że prezes Orła zaproponował mu kontrakt mnie nie dziwi, bo Łódź potentatem w szkoleniu nigdy nie była (tak delikatnie to ujmę), ale to, że ktoś wyraził na to zgodę, żeby młody chłopak bez zaplecza rzucił się po jednym sezonie na tak głęboką wodę – to było według mnie spore ryzyko. Rok 2015, czyli jazda w Orle Łódź, poszedł praktycznie na straty. Jeszcze w trakcie sparingu przed startem ligi zanotował upadek w Bydgoszczy i uszkodził więzadła. Wrócił po niespełna sześciu tygodniach i rozpoczął od… upadku, tym razem w Rybniku. Tydzień później znów na początek poważny upadek na dziurawym torze w Łodzi i… pretensje do lekarki, że nie pozwoliła mu pojechać w kolejnym biegu. Co więcej, Sebastian podpisał oświadczenie, że nie chce jechać do szpitala i wystartował w biegach XI, XII oraz XIV. Po trzech tygodniach kolejny upadek w biegu młodzieżowym, pęknięta łopatka i kolejna przerwa. Wrócił na cztery ostatnie mecze rundy zasadniczej. W sumie w statystykach wyszło mu 30 wyścigów, w których zanotował aż 5 wykluczeń (dwa razy nie stanął pod taśmą) i trzy defekty. W całym sezonie tylko trzykrotnie przyjechał na metę przed rywalem i zajął ostatnie miejsce wśród sklasyfikowanych zawodników ze średnią biegopunktową na poziomie 0,333.

I wydawać się powinno, że ktoś powinien zauważyć zbyt wczesną próbę wejścia na wyższy poziom ligowy, gdzie zwyczajnie nie da się istnieć bez zaplecza organizacyjno-finansowego i znajomości w środowisku. I co? Otrzymuje ofertę dalszej jazdy w Łodzi, kontrakt jest gotowy, ale podpisuje dwuletnią umowę z… ekstraligowym Falubazem. I tutaj właściwie kończy się chyba moje współczucie dla Sebastiana, bo ja mogę zrozumieć wiele rzeczy, ale gdzieś powinna być do cholery granica w podejmowaniu debilnych decyzji. Nie potrafię zrozumieć sposobu prowadzenia kariery tego młodego chłopaka. Jeśli nie dał rady w I lidze, to po co pchać się wyżej? Jeśli miał propozycję z klubu stabilnego finansowo, to po co iść do Falubazu, który w 2015 roku okazał się klubem kompletnie niewypłacalnym (tylko specjalne poręczenie Rady Miejskiej i pomoc z kasy miasta uratowała Falubaz przed bankructwem)? Po co iść do klubu, który ma dwóch juniorów w osobach Krystiana Pieszczka i Aleksa Zgardzińskiego? Nie jest tajemnicą, zresztą sam Sebastian mówił o tym we wtorkowej rozmowie na antenie Radia Zielona Góra, że kontakt w sprawie przejścia pojawił się ze strony Tomasza Walczaka, który też wcześniej pracował w Rawiczu. Słyszałem z bardzo wiarygodnego źródła jaki był prawdziwy powód propozycji złożonej młodemu chłopakowi, ale ten powód jest tak żenujący, że pominę go w tym wpisie.

Rok 2016. Pech (złamana kostka) Aleksa Zgardzińskiego jeszcze przed startem ligi otworzył Sebastianowi drogę do składu ekstraligowej drużyny. Najgorsze stało się 23 sierpnia w Opolu podczas zawodów z cyklu MDMP. W ostatnim wyścigu, wskutek problemów z polewaczką i brakiem widoczności w kurzu, doszło do potwornego wypadku trzech zawodników. Sebastian Niedźwiedź doznał złamania kości strzałkowej, a co gorsza, pojawiło się zagrożenie martwicy mięśni łydki. Nie pamiętam, żeby organizator, ani sędzia, którzy byli odpowiedzialni za taki stan ponieśli jakieś konsekwencje, a młodzi chłopacy musieli poświęcić kupę na czasu na dojście do sprawności pozwalającej na normalne funkcjonowanie. We wrześniowym wywiadzie S. Niedźwiedź był jednak zadowolony z wyników jakie osiągnął i z tego, że wywalczył miejsce w składzie, choć… walczyć nie musiał ze względu na kontuzję „kolegi”. Szału nie zrobił – wystąpił w dwunastu meczach, punktował w 37% wyścigów, zakończył sezon ze średnią 0,600, ale wygrał swój pierwszy wyścig w ekstralidze (W Rybniku wyprzedził na dystansie Troya Batchelora) i nie miał ani jednego wykluczenia.

Rok 2017. Sebastian jeździł w Falubazie oraz jako gość wrócił do Kolejarza Rawicz. W ekstralidze było minimalnie lepiej (dwa wygrane wyścigi, 2/3 wyścigów bez zdobyczy punktowej, średnia 0,722), ale powodów do wielkich zachwytów niestety brakowało. Na szczęście swego rodzaju odskocznią jest II liga, gdzie radzi sobie całkiem dobrze, będąc jednym z liderów Kolejarza. Znów niestety pojawiły się kontuzje. 17 maja w Rawicz zwichnął staw kolanowy – przerwa trwała ok. 2 miesięcy. 29 sierpnia w Rybniku doznał kontuzji kręgosłupa, która zakończyła jego sezon. I znów ten koszmarny wypadek miał miejsce w zawodach młodzieżowych i po raz kolejny w ostatniej serii biegów. 14 listopada przedłuża kontrakt z Falubazem na kolejny rok.

Rok 2018. Ponownie miał łączyć jazdę w ekstralidze (Falubazie) oraz II lidze (PSŻ Poznań). Wyszło tak, że w poznańskiej ekipie nie pojechał ani razu. W ekstralidze za to wystąpił w dziesięciu meczach, wygrał cztery biegi, w prawie połowie wyścigów punktował, a na koniec sezonu miał średnią na poziomie 1,000. Pojawiły się oczywiście kontuzje, ale jak na Sebastiana, to nie były specjalnie spektakularne, choć skręcenie stawu skokowego znów wyeliminowało go na dobry miesiąc z jazdy. Miał też okazję poczuć jak wygląda hierarchia w zespole, gdy podczas meczu w Toruniu będąc drugim najskuteczniejszym zawodnikiem w zespole pojechał tylko cztery razy (trzy biegi programowe i rezerwa taktyczna za drugiego juniora), nie otrzymując szansy startu w biegach nominowanych. Wtedy powinna zaświecić się Sebastianowi i jego sztabowi lampka, że z tego klubu trzeba jak najszybciej uciekać. Ostatecznie Falubaz musiał rywalizować w barażach z ROW-em Rybnik. Podczas pierwszego meczu w Zielonej Górze doszło do karambolu, w wynik którego Sebastian uderzył bardzo mocno głową o tor, a sensacją stał jego zmasakrowany kask. Mimo to… wystartował w powtórce, ponieważ lekarz zawodów uznał go za zdolnego do jazdy! Mało? Wystartował jeszcze w IV wyścigu, którego jednak nie był już w stanie ukończyć. Tydzień później, jak gdyby nigdy nic, pojechał w rewanżu, wygrywając tam dwa biegi. 17 listopada podpisał kolejny, tym razem dwuletni kontrakt z Falubazem!

W 2018 roku zasłynął też z wypowiedzi, która nigdy nie powinna się pojawić. Może wzorował się na Bartoszu Zmarzliku, który po swoim najgorszym występie w cyklu Grand Prix powiedział w wywiadzie telewizyjnym, że pojechał jak dupa. Seba najwyraźniej chciał być lepszy chociaż w tej konkurencji i w trakcie wywiadu telewizyjnego podczas lubuskich derbów (Stal wygrała wtedy w Zielonej Górze) wypalił do mikrofonu, że pojechał jak pizda. Powiedzmy sobie szczerze, że 21-letni mężczyzna powinien jednak potrafić się zachować, a ta kompromitacja nie sprawiła, że zaczął być traktowany korzystniej w środowisku.

Rok 2019 – pierwszy w gronie seniorów – rozpoczął całkiem dobrze, zajmując drugie miejsce w turnieju eliminacyjnym Złotego Kasku w Ostrowie, a ponieważ finału nie rozegrano (protest zawodników spowodowany złym stanem bandy wokół toru w Pile), więc nominacje do startu w kwalifikacjach do Grand Prix Challenge musiała rozdać GKSŻ. Zajęło to naszym działaczom… półtora miesiąca. Ostatecznie Sebastian Niedźwiedź otrzymał miejsce w stawce turnieju w Glasgow, o czym dowiedział się dziesięć dni przed turniejem. Jestem święcie przekonany, że ta nominacja wynikała wyłącznie z faktu, że… nikt inny nie chciał tam jechać. Miałem możliwość obejrzenia tego turnieju i myślę, że Sebastian chciałby o nim jak najszybciej zapomnieć, bo korzystnie wyglądał tylko na prezentacji. Tor w Glasgow nie jest łatwym owalem, o czym przekonał się także Bartosz Smektała. Obaj Polacy w zasadzie nie potrafili rozgryźć jak przejechać cztery kółka, gdy w łuk wjeżdża się pod górę. Oprócz tego turnieju Sebastian w 2019 roku pojechał jeszcze cztery mecze w barwach Wandy Kraków, turniej towarzyski w Neustad/Donau (zakończony w szpitalu) i chyba za wiele więcej okazji do ścigania nie było. Falubaz pozwolił mu dwa razy wyjechać do prezentacji i zapomniał o nim. Problem jednak polega na tym, że dokładnie taki scenariusz można było w ciemno obstawiać, więc pozostanie Sebastiana w Falubazie i podpisanie dwuletniego kontraktu było przykładem skrajnej naiwności i kompletnego braku znajomości realiów żużlowego środowiska, w którym przecież był obecny przez co najmniej sześć lat. Ciekaw jestem co takiego obiecano mu w Zielonej Górze.

Obecny rok, to przede wszystkim śmierć ojca, który wspierał Sebastiana w jego żużlowej przygodzie. Potem jeden wyścig w Poznaniu w barwach Kolejarza Opole i transport do szpitala z kontuzją kolana.

Tak sobie myślę, że u Sebastiana musiało dojść do mocnego przewartościowania priorytetów. Patrząc na jego przygodę z żużlem, na problemy, które podczas tej przygody przeżywał oraz na determinację z jaką wracał na tor po koszmarnych kontuzjach, nie da się nie zauważyć, że coś musiało go bardzo mocno zniechęcić do uprawiania żużla. Być może czynnikiem decydującym stała się śmierć ojca (Krzysztof Niedźwiedź zmarł 19 kwietnia 2020 r.)? Może zwyczajnie zrozumiał, że kariery w tym sporcie nie zrobi, a bez pieniędzy, dobrych układów i odpowiedniej pomocy niczego nie zwojuje? Rok 2020 zapewne wielu żużlowcom pokazał, że próba zarabiania na życie z jazdy w lewo w polskich warunkach może okazać się zwyczajnie niemożliwa dla szarego zawodnika. Dla młodego człowieka oznacza to tylko jedno – trzeba zadbać o przyszłość.

I niby wszystko jest jasne, ale w rozmowie z Radiem Zielona Góra powiedział, że gdyby wiedział, że Falubaz tak go potraktuje, to ani razu nie podpisałby tu kontraktu. Problem w tym, że on podpisał w Zielonej Górze kontrakt na lata 2016-2017, a potem dwukrotnie go przedłużał – na sezon 2018 oraz na lata 2019-2020. Nikt przecież chyba nie zmuszał go do takich decyzji, nikt nie stał nad nim z batem. Czuje się oszukany przez zielonogórski klub i ma do tego prawo. Ja jednak nie mam wątpliwości, że Sebastian po prostu dał się oszukać. Dlaczego? Nie wiem co mu naobiecywano, ale akurat to, że w Zielonej Górze obiecywać potrafią powinien zauważyć bardzo szybko, bo szans na to było aż za wiele.

Na koniec kilka zdjęć Sebastiana, które znalazłem z swoich zbiorach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *